7. Jeden krok w tył
Jej druga dłoń uniosła się i ona sama się dotknęła. Koniuszki jej palców, te same, które przed chwilą siały pożogę na moim ciele, opadły na jej własną, wilgotną szparkę. Nie wsunęła ich do środka. Tylko musnęła, zataczając leniwy krąg wokół najbardziej nabrzmiałego, najwrażliwszego miejsca.
Jej powieki drgnęły. Jej usta rozchyliły się w niemym westchnieniu. Widok był tak obsceniczny, tak święty, że poczułem zawrót głowy. Stała nade mną, częściowo zakryta krwawym jedwabiem, częściowo naga, i dotykała się z precyzją koncertmistrza, a jej czarne oczy nie opuszczały mnie ani na moment. Widziała, jak ten widok mnie niszczy. Widziała, jak płonę.
– To… to jest dla ciebie, Andrzeju – szepnęła, a jej głos w mojej głowie stał się rozmyty, przerywany jej własnym, ledwie słyszalnym oddechem. – Wszystko, co czuję… płynie prosto do ciebie. Czujesz?
I nagle poczułem. Fala jej cichej, narastającej przyjemności uderzyła we mnie z podwójną siłą. To było jak echo, jak rezonans. Jej drżenie stało się moim drżeniem. Jej nagły, urywany wdech – mój własny. Zacisnąłem zęby, walcząc, by nie oszaleć, by nie stracić kontaktu z tym szaleństwem. Było w tym coś absolutnie intymnego, głębszego niż jakikolwiek fizyczny akt.
Jej palce przyspieszyły. Jej biodra zaczęły poruszać się w niemal niedostrzegalnym rytmie. Jej głowa odchyliła się do tyłu, odsłaniając tę długą, elegancką szyję z niebieskimi żyłkami i tą czarną, perłową obrożę – znak jej władzy, jej inności.
A ja klęczałem przed nią, nagi, dosłownie i w przenośni, i przyjmowałem ją. Jej rozkosz. Jej istotę.
Gdy jej ciało zesztywniało, a z gardła wydarł się cichy, przenikliwy jęk, ja również wstrząsnąłem się w niemej ekstazie, moje własne napięcie znajdując ulgę nie w dotyku, lecz w tej niepojętej, wspólnej fali, która nas pochłonęła.
Opadłem na marmur, wyczerpany, drżący, z głową opartą o jej nogę. Jej skóra pachniała teraz jeszcze intensywniej – słodko, zwierzęco, metalicznie.
Otworzyła oczy. Były czarne jak przedtem, ale teraz lśniły jak po burzy. Jej dłoń, wilgotna, opadła na moje włosy. Jej palce wplątały się w nie nie z czułością, ale z posiadłością. Z własnością.
– I to – powiedziała głośno, jej głos był nieco zachrypnięty – był tylko początek, mój Andrzeju. Dopiero się rozgrzewamy.
Leżałem na marmurze, z policzkiem przyciśniętym do jej kostki.
Skóra była zimna, prawie lodowata, a jednocześnie parzyła. Jakby pod cienką warstwą ciała tlił się ogień, który nie chciał się jeszcze ujawnić.
Jej palce w moich włosach nie głaskały.
Zaciskały się.
Rozluźniały.
Zaciskały się znowu – powoli, rytmicznie, jakby sprawdzała, ile bólu potrafię przyjąć, zanim jęknę.
Nie jęknąłem.
Jeszcze nie.
Wstała.
Jeden krok w tył.
Czerwona podomka zsunęła się całkowicie i upadła na podłogę – mokra, ciężka, jak płachta krwi. Stała przede mną naga, cała – drobna, anorektyczna, nieludzka. Woda wciąż spływała jej po udach, po łydkach, po kostkach, tworząc małe kałuże, które odbijały światło jak rozbite lustra.
– Wstań – powiedziała. Tym razem naprawdę, ustami. Głos miała niski, lekko zachrypnięty, jakby dopiero co się obudziła z bardzo długiego snu.
Wstałem.
Nogi drżały. Kolana bolały. Ale wstałem.
Podniosła rękę i wskazała na ścianę naprzeciwko – wielką, lustrzaną taflę od podłogi po sufit.
– Chodź.
Poszliśmy.
Nie dotykała mnie. Nie musiała. Idąc tuż za nią, czułem, jak jej aura ciągnie mnie jak magnes. Każdy krok był walką – chciałem paść z powrotem na kolana, chciałem ją złapać, chciałem zniknąć w niej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz