Szukaj na tym blogu

22 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

5. I nie oddam cię nigdy


Nie wiedziałem, czy to pochwała, czy wyrok.

Stałem na kolanach, drżąc cały, z erekcją tak bolesną, że łzy napłynęły mi do oczu.

Ona stała nieruchomo, prezentując się – całą siebie – jak dzieło sztuki, które właśnie zostało odsłonięte przed jedynym widzem, którego kiedykolwiek będzie miało.

I wtedy zrozumiałem.

To nie była gra kota z myszką.

To była prezentacja.

Oględziny.

Wybór.

Wybierała, czy mnie zatrzyma.

Czy pozwoli mi żyć.

Czy w ogóle warto.

I wiedziałem, że cokolwiek postanowi – przyjmę to z wdzięcznością.

Z pocałunkiem w ten głęboki, prowokujący pępek.

Z jękiem w jej spiczaste, nieludzkie ucho.

Z ostatnim tchem między jej ciemnymi, wąskimi wargami.

Byłem już martwy.

Tylko jeszcze o tym nie wiedziałem.

Serce biło tak mocno, że czułem je w skroniach, w gardle, w opuszkach palców.

Łup.

Łup.

Łup.

Siedziałem na zimnym marmurze, nogi skrzyżowane jak u dziecka, a ona patrzyła na mnie z góry, z krawędzi wanny, jakby to był tron z białego nefrytu. Czerwona podomka zsunęła się już całkowicie z ramion i leżała wokół jej bioder jak rozlany krwawy jedwab, nie tyle zakrywając, ile podkreślając każdy brak ciała.

Lewą nogę uniosła wyżej, stopę oparła o brzeg jacuzzi. Kolano ugięte, udo napięte, skóra tak cienka, że widać było pod nią błękitne żyły niczym rzeki na mapie nieznanego kontynentu.

I wtedy się otworzyła.

Nie szeroko. Nie wulgarnie.

Delikatnie, jakby kwiat, który dopiero co poczuł pierwsze promienie słońca.

Ciemna, krótko przystrzyżona kępka rozdzieliła się na dwie strony, odsłaniając pionową, wilgotną szparkę, która nabrzmiała już tak mocno, że wewnętrzne wargi wysunęły się na zewnątrz, cienkie, różowe, błyszczące, jakby pokryte rosą. Drżały lekko przy każdym jej oddechu.

Pępek, który wcześniej był pionową elipsą, teraz, gdy siedziała, stał się poziomym, głębokim dołkiem, ciemnym i wilgotnym, jakby ktoś właśnie wyciągnął z niego palec. Chciałem tam zanurzyć język. Chciałem tam złożyć pocałunek. Chciałem tam zostawić siebie całego.

Jej głos, nie z ust, lecz prosto w głowę, miękki, ciepły, nieznoszący sprzeciwu:

Andrzej…

Nie walcz.

Ściągnij to wszystko.

Teraz.

Ręce same poszły w ruch.

Nie myślałem.

Nie mogłem myśleć.

Najpierw koszulka. Przez głowę, jednym szarpnięciem. Rzuciłem ją gdzieś w bok; upadła bez dźwięku.

Potem pasek. Drżące palce rozpięły sprzączkę, guzik, zamek. Spodnie zsunęły się razem z bokserkami, zatrzymały na kolanach. Wyrwałem się z nich jak z więzów.

Stałem przed nią nagi.

W pełni światła.

W pełni wstydu i pełni dumy jednocześnie.

Moja męskość była tak twarda, że bolała, napięta do granic, żyły nabrzmiałe, czubek wilgotny.

Nie próbowałem jej ukryć.

Nie miałem już nic do ukrycia.

Patrzyła.

Przez bardzo długą chwilę tylko patrzyła.

Oczy czarne, ogromne, bez dna.

Jakby ważyła mnie na wadze, której szale są zrobione z moich grzechów i pragnień.

Potem uśmiechnęła się.

Nie szeroko.

Tylko kącik ust.

I to wystarczyło.

Wstała.

Powoli.

Jakby nie podlegała grawitacji.

Zrobiła jeden krok w moją stronę.

Woda spływała z jej ciała cicho, jakby płakała.

Zatrzymała się tuż przede mną.

Tak blisko, że czułem ciepło jej skóry.

Zapach.

Deszcz, ambra, rozgrzane żelazo i coś jeszcze, coś zwierzęcego, słodkiego, nie do zniesienia.

Uniosła dłoń, bardzo powoli, i położyła mi ją na piersi.

Prawie bez ciężaru.

Prawie bez dotyku.

I wtedy usłyszałem, już naprawdę, nie w głowie, lecz w całym ciele:

Teraz jesteś mój, Andrzeju.

Całkowicie.

Bez reszty.

I nie oddam cię nigdy.

I wiedziałem, że to prawda.

Że właśnie umarłem.

I właśnie narodziłem się na nowo.

W jej dłoni.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...