Szukaj na tym blogu

8 grudnia 2025

Tylko dla twoich oczu

10. I była moja


Uśmiechnęła się – tym samym niewinnym, rozbrajającym uśmiechem, który teraz był najgorszą prowokacją. Dłonie chwyciły moje biodra, mocno. Paznokcie wbiły się w skórę, lekko.

– Teraz – rzuciła cicho, ale pewnie. – Bardzo powoli.

I pociągnęła mnie do siebie.

Pierwszy dotyk – jak prąd. Mokre, miękkie płatki rozchyliły się lekko. Jakby czubek kutasa wpadł w żywy ogień. Tylko muskało, a całe ciało mi zesztywniało, jakby mnie walnęło.

Oczy jej przymknęły się, twarz wykrzywiła się w jakiejś bolesnej rozkoszy. Usta otwarte, bez głosu.

– O Boże… Mariusz… – jęknęła, dłonie na moich biodrach drżały.

Poruszyłem się – centymetr, może mniej. Tylko czubek w niej. Ciasna jak cholera, gorąca, mokra. Ścisnęła mnie tak, że prawie nie mogłem oddychać. Zamruczała nisko, z gardła, głowa opadła na mech.

– Tak… – wysyczała. – Właśnie tak…

Patrzyłem, jak jej twarz się zmienia – od tego mikroskopijnego wejścia. Rysy napięte, potem rozluźnione, jakby w ekstazie. To było bardziej intymne niż wszystko. Być tak blisko, widzieć, czuć każdy kawałek tej przyjemności, którą jej dawałem.

Pochyliłem się i wpiłem w jej sutek, ssałem głodnie, połykałem jej jęki. Paznokcie wbijały mi się w plecy, paliły. Biodra uniosły się lekko, wciągając mnie głębiej – o ten kolejny, rozwalający centymetr.

Poddała się. Ciało zesztywniało, potem zalały ją drgawki. Oddech urywany, świszczący. Palce wbiły się tak, że pewnie zostaną siniaki. I to było… piękne. Idealne.

– Nie ruszaj się – wyjęczała, oczy szeroko otwarte, prawie przestraszone. – Proszę… tylko nie ruszaj…

Zamarłem. Wciśnięty tylko na tyle, czułem, jak jej cipka pulsuje wokół mnie – szybko, w konwulsjach. Pierwszy, płytki orgazm, prawie z samego czekania i tego lekkiego dotyku. I była moja. Cała. Nic poza nami – jej drżenie, mój ból napięcia.

Patrzyliśmy sobie w oczy – świat zmalał do tej pary spojrzeń. W jej oczach: zachwyt, niedowierzanie, czysta wdzięczność.

– Już? – szepnęła, głos cienki jak nitka.

Pokręciłem głową, ledwie zauważalnie. Uśmiechnąłem się – jej cipka znowu ścisnęła mnie, jakby w odpowiedzi.

– Nie – wychrypiałem, głos głęboki, nie mój. – To dopiero początek, Edyto. Dopiero start.

Podniosła się, rozejrzała wokół – jakby czegoś szukała, jakiegoś narzędzia, przedmiotu. Wzrok padł na gruby betonowy filar pośrodku, pewnie kiedyś salon. Pochyliła się, rozsunęła nogi i chwyciła go mocno, pewnie.

Stałem tuż za nią – drżący, podniecony, niepewny, ale zdecydowany na to, co zaraz będzie. Jeden szeroki promień słońca wpadał przez dziurawy dach, oświetlał nasze nagie sylwetki jak reflektor. Wszystko wydawało się jakieś nierealne.

Jej dłoń sunęła po chropowatej powierzchni filaru, trzymała się go jak kotwicy. Każdy mięsień napięty, plecy w łuku, lśniły w tym blasku. Wyglądała jak posąg – wyrzeźbiony światłem i cieniem.

Stałem za nią chwilę, przytłoczony. Wzrok sunął po jej kręgosłupie, po tych wąskich łopatkach, po idealnym kształcie pupy – napiętej, czekającej. Serce waliło jak młot, jakby chciało wyskoczyć. Dłonie same położyły się na jej biodrach. Skóra gładka, gorąca, drżąca pod palcami.

– Edyta… – wychrypiałem, głos szorstki od tego wszystkiego.

Coś odmrumkała, czoło o zimny beton. To było wszystko. Jej „tak”. Jej „weź mnie”.

Palce wbiły się mocniej w jej wąską talię, przyciągnąłem ją bliżej. Gorąco jej ciała przylgnęło do mojego spoconego brzucha, do klatki. Kutas, twardy jak skała, musnął jej pośladek – usłyszałem cichy, urywany jęk. Powietrze gęste – pachniało nami, stęchlizną, kwitnącym bzem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...