12. To dopiero początek
Światło w komnacie zgasło na moment, tylko na jedno uderzenie serca, a gdy wróciło, byłem już gdzie indziej.
Leżałem na plecach na czymś miękkim i ciepłym, jakby na wielkim, bijącym sercu.
Nad sobą miałem sklepienie z żywych gwiazd.
Rix siedziała na mojej klatce piersiowej, odwrócona tyłem, jej drobna, ostra pupa wciskała się w moje żebra, jej dłonie spoczywały na moich biodrach.
Lir klęczała między moimi nogami, jej długie, czarne włosy opadały na moje uda jak kurtyna.
Nie dotykały mnie jeszcze.
Tylko patrzyły.
– Teraz – powiedziała Lir, a jej głos rozbrzmiał w mojej głowie, w kościach, w krwi – nauczymy cię, co znaczy należeć.
Rix pochyliła się do przodu.
Lir pochyliła się do tyłu
i obie jednocześnie musnęły mnie językiem
w tym samym miejscu
w tym samym momencie.
Świat eksplodował.
Nie było już granic.
Nie było już „ja”.
Było tylko „my”.
Czułem, jak Rix bierze mnie do ust, powoli, głęboko, jej spiczaste uszy drżą, jej gardło zaciska się wokół mnie jak aksamitna pułapka.
Czułem, jak Lir jednocześnie bierze mnie w siebie, w to drugie, wilgotne, gorące miejsce między swoimi nogami, opuszczając się powoli, centymetr po centymetrze. Iej wewnętrzne ścianki , pulsowały, ssały i żyły własnym życiem.
Nie było możliwe, by obie robiły to naraz.
A jednak robiły.
Czułem obie.
Wszędzie.
Jakby moje ciało zostało rozciągnięte na dwie strony jednocześnie.
Jakby czas się zapętlił.
Ich ruchy były idealnie zsynchronizowane.
Gdy Rix brała głębiej, Lir unosiła się.
Gdy Lir opadała, Rix się cofała.
Jak oddech.
Jak przypływ i odpływ.
Ich myśli płynęły do mnie jednocześnie, dwa głosy splatające się w jeden:
jesteś nasz
jesteś dom
jesteś pokarm
jesteś klucz
Gwiazdy nad nami zaczęły spadać.
Jedna po drugiej.
Wpadały do moich ust, do moich oczu, do mojego serca.
Były gorące.
Były zimne.
Były wszystkim.
Kiedy doszedłem, nie było to zwykłe dojście.
To było rozpuszczenie.
Rozlanie się w nich.
Wessanie w ich ciała.
W ich wieczność.
Leżałem potem między nimi, drżący, pusty i pełen jednocześnie.
Rix leżała na mojej piersi, jej rude (teraz znów rude) włosy rozsypane, jej oddech spokojny.
Lir leżała z boku, jej długa noga przerzucona przez moje biodro, jej palce rysujące leniwe kręgi na moim brzuchu.
– Witaj w domu, Andrzeju – powiedziała Lir cicho, naprawdę ustami, po raz pierwszy i pocałowała mnie w pępek, głęboko, długo, jakby chciała tam zostawić pieczęć.
Rix podniosła głowę.
Jej oczy były znów czarne, ale teraz w środku tańczyły małe srebrne gwiazdki.
– A to dopiero początek – szepnęła. – Jest nas więcej.
Gdzieś w oddali, w czerni, usłyszałem cichy śmiech.
Trzeci głos.
Kobiecy.
Głębszy.
Starszy.
I wiedziałem, że jutro
albo za sto lat
albo nigdy
ona też się obudzi.
I też będzie chciała mnie zobaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz