Szukaj na tym blogu

23 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

6. Dotknij mnie


Jej ręka na mojej piersi nie ważyła nic, a jednak przygniotła mnie do ziemi bardziej niż jakikolwiek ciężar. Czułem pod palcami chłodny marmur, a nad sobą – jej gorący oddech, który pachniał burzą i czymś słodkim, czego nie umiałem nazwać. Jej dotyk był jak przypieczętowanie wyroku. Byłem jej. Całkowicie. Bez reszty.

Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak jednocześnie bezbronny i potężny. Jakbym stal się częścią czegoś większego, starszego, czegoś, co moja ludzka logika ledwie mogła objąć. Jej czarne, pozbawione białka oczy wpiły się we mnie, pijąc mój strach, mój zachwyt, moje absolutne poddanie.

Powoli, z precyzją drapieżnicy, jej dłoń opuściła się z mojej piersi. Długie, cienkie palce, które wcześniej poruszały się jak u pianistki, teraz sunęły w dół po moim brzuchu. Każdy nerw na ich drodze eksplodował płomieniem. Wzdrygnąłem się, a na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka. Jej uśmiech, ten cienki, niebezpieczny wyraz ust, poszerzył się o milimetr. Widziała. Wiedziała wszystko.

Uniosła nieco dłoń i zatrzymała ją tuż nad moim biodrem. Czułem żar bijący z jej skóry. Czułem niewidzialne strumienie energii, które wirowały między jej dłonią a moim ciałem. Zamknąłem oczy, pogrążając się w tej nieziemskiej sensacji.

– Otwórz oczy, Andrzeju – szepnęła, a jej głos wypełnił mi czaszkę, miękki i nieznoszący sprzeciwu. – Chcę widzieć, gdy to odczuwasz.

Posłusznie otworzyłem oczy. Jej twarz była tak blisko, że mogłem policzyć rude rzęsy opadające na jej policzki. Jej spiczaste ucho, tak nieludzko piękne, drgnęło delikatnie.

Wtedy jej palce, wciąż zawieszone w powietrzu, wykonały lekki, falisty ruch.

I dotknęła mnie.

Nie ciałem. Nie skórą.

Coś, niewidzialna emanacja pragnienia, uderzyła we mnie z siłą fizycznego dotyku. Ciepła fala, gęsta i słodka, przetoczyła się przeze mnie, od czubka głowy po palce u stóp. Zacharczałem, łapiąc powietrze, a moje ciało wygięło się w łuk, opierając się tylko na dłoniach założonych za plecami. To było jak porażenie prądem, które nie paraliżuje, lecz ożywia każdy atom.

Jej oczy połyskiwały czarnym światłem. Była zadowolona.

Powtórzyła ten gest. Tym razem fala była silniejsza, bardziej skupiona. Skierowana prosto w rdzeń mojego napięcia, w tę twardą, rozpaczliwie spragnioną część mnie. Jęk wydarł mi się z gardła, cichy, zduszony, nie należący do mnie. To nie był ból. To było coś nieskończenie bardziej przytłaczającego. Czysta, skondensowana rozkosz, podana bez dotyku, przyjęta bez fizycznej interwencji.

– Widzisz? – jej mentalny szept był teraz pełen ciepłej, niebezpiecznej czułości. – Nie potrzebuję cię dotykać, żeby cię poczuć. Żeby tobą zawładnąć.

Poruszyła palcami raz jeszcze, a ja poczułem, jak moja męskość drży samowolnie, otoczona gorącą aurą, która pulsowała w takt jej oddechu. To było nie do zniesienia. To było wszystko, czego kiedykolwiek chciałem.

Zastąpiła niewidzialny dotyk prawdziwym.

Jej dłoń, zimna niczym lód w kontraście z energią, którą mnie otaczała, opadła mi na udo. Jej palce były delikatne, ale ich dotyk parzył. Sunęły powoli w górę, wzdłuż wewnętrznej strony uda, wzbudzając po drodze pożogę. Każdy nerw krzyczał. Moje biodra uniosły się instynktownie, szukając więcej, czegokolwiek.

Zatrzymała się. Centymetry od celu. Jej paznokcie, krótkie i zadbane, musnęły skórę. To było torturą. To było boskie.

– Proszę… – wydusiłem, a mój głos był ochrypły, obcy.

– Proszę, co, Andrzeju? – zapytała, a jej mentalny głos zabrzmiał jak najsłodsza trucizna.

– Dotknij mnie.

– Jeszcze nie – wyszeptała rzeczywiście, jej usta, te pełne, wiśniowe wargi, poruszyły się po raz pierwszy, wypuszczając cichutki, zmysłowy dźwięk. – Najpierw ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...