Szukaj na tym blogu

18 grudnia 2025

Czarne oczy Rix

1. Sztylet wbity w ciszę


Rix – samo brzmienie tego imienia było jak sztylet wbity w ciszę. Krótkie, ostre, obce. Gdy je wypowiadałaś, powietrze drżało, jakby ktoś przeciął je pazurem.

Stałem w półmroku korytarza i patrzyłem, jak wchodzi do pokoju. Nie wchodziła – wślizgiwała się. Cicho, bezszelestnie, jakby podłoga sama uginała się pod jej stopami, żeby nie zrobić jej krzywdy. Była tak szczupła, że wydawało się, iż wystarczy mocniejszy podmuch wiatru, żeby złamała się wpół. Objętości prawie nie miała – tylko linie. Ostre, precyzyjne linie kości policzkowych, wąskie ramiona, długie, cienkie palce, które poruszały się jak u pianistki grającej na niewidzialnych strunach. A jednak nie była krucha. Była jak ostrze z lodu – zimne, piękne i śmiertelnie niebezpieczne.

Rude włosy. Nie „miedziane”, nie „kasztanowe”, nie „ogniste” – rude. Tak rude, że w świetle lampy wyglądały jak rozżarzona miedź prosto z pieca. Opadały jej na ramiona w nierównych, dzikich pasmach, jakby dopiero co przeczesane palcami wiatru. Kilka kosmyków przykleiło się do bladej szyi, wilgotnych od wieczornego powietrza. Pachniała deszczem, dymem i czymś metalicznym – jak rozgrzany nóż.

Twarz miała małą, trójkątną, prawie dziecięcą. Delikatny nosek, pełne usta koloru dojrzałej wiśni, podbródek ostry jak grot strzały. Ale oczy… Boże, te oczy. Czarne. Nie brązowe, nie ciemne – absolutnie czarne. Bez tęczówki, bez białka, tylko dwa lśniące onyksy wpatrzone w ciebie z głębi, której nie da się zmierzyć. Gdy na ciebie spojrzała, miałeś wrażenie, że widzi wszystko – każdą twoją słabość, każdą tajemnicę, każdy grzech, do którego nawet się nie przyznajesz.

Nie była dziewczyną. Była zjawą. Demonem w ciele dwudziestolatki. Demonem, który nie musiał nic robić – wystarczyło, że istniał. Stał tam, w swojej czarnej, obcisłej sukience, która kończyła się tuż nad kolanami i podkreślała każdą kość, każde wgłębienie. Skóra tak blada, że prawie przezroczysta – pod przegubami widać było niebieskie żyły, jak rzeki pod lodem. Ręce trzymała luźno wzdłuż ciała, ale palce drżały – ledwie zauważalnie – jakby chciała coś złapać, coś zatrzymać, coś rozedrzeć.

I wtedy się uśmiechnęła. Bardzo powoli. Tylko kącikami ust. Uśmiech, który nie sięgał oczu. Uśmiech drapieżnika, który wie, że już wygrał, zanim jeszcze zaczął polowanie.

W jednej chwili wszystkie twoje instynkty się pomieszały. Chciałeś ją objąć – ostrożnie, jakby była ze szkła. Chciałeś paść na kolana i błagać, żeby pozwoliła ci się dotknąć. Chciałeś uciekać, ile sił w nogach, bo wiedziałeś – wiedziałeś – że jak podejdziesz bliżej, to już nigdy nie będziesz taki sam. Coś w tobie krzyczało: „uciekaj, głupcze”, a jednocześnie coś innego – głębsze, starsze, pierwotniejsze – szeptało: „podejdź, choćbyś miał spłonąć”.

Podszedłeś.

Bo nie miałeś wyboru.

Bo gdy Rix na ciebie patrzyła, świat się zawężał do tych dwóch czarnych studni.

Bo chciałeś, żeby cię połknęła.

Żeby przeżuła.

Żeby wypluła – albo zatrzymała w sobie na zawsze.

I wiedziałeś, że gdy to zrobi, będziesz jej dziękował. Na kolanach. Z uśmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...