12. Taka ciasna i mokra…
Chwyciłem ją za biodra znowu – mocno, z tą pewnością, która w końcu przegnała wahanie. Pod palcami czułem jej kości, drżące mięśnie. Pochyliłem się lekko, znalazłem kąt. Ten strach – że ją zranisz, że wszystko pęknie – ucichł. Zastąpił go pierwotny nakaz.
I wszedłem w nią.
Jeden, płynny, niepowstrzymany ruch.
Edyta wbiła paznokcie w ten stary beton, z gardła wyrwał się stłumiony, głęboki jęk – wypełnił całą pustą salę. Czyste uczucie – zaskoczenie, pełnia, rozkosz tak mocna, że aż boli.
– Uuuuuuaaaaaahhhh Mariusz! – powietrze przeszył krzyk.
Zamarłem na moment – kompletnie rozwaliło mnie to. Jej cipka była najgorętsza, najciaśniejsza, najbardziej oszałamiająca rzecz, jaką czułem. Każdy nerw, każda komórka – krzyczały z rozkoszy. Dłonie na jej biodrach – jedyne, co mówiło: to prawda.
– Boże… – jęknąłem, czoło o jej spocone plecy. Oddech palił na jej skórze.
Przechyliła biodra do tyłu, wciągając mnie głębiej – wydała niższy, zadowolony jęk. Dłonie puściły filar, chwyciły moje uda. Potem palce splotły się z moimi, ścisnęły mocno – czułem, jak ją niesie.
– Och tak, tak… Ruchaj mnie, bierz mnie mocno – wysapała, szept ledwie słyszalny, zmieszany z plaśnięciami ciał. – Proszę, Mariusz, głęboko…
Jej prośba – cicha, desperacka – odpaliła mnie jak lont. Odepchnąłem się i zaraz wtuliłem z powrotem – powoli, z czcią, jakby każdy centymetr był święty. Z każdym pchnięciem jęczała głośniej – ten lekki głosik stał się chrapliwy, dziki. Ciało wyginało się pode mną, poddawało i pchało zarazem, w każdym milimetrze.
Zaraz później moje ruchy nabrały pewności, siły. Przestałem myśleć. Był tylko ten rytm – odsunąć się, zbliżyć, głęboko, aż do końca. I jej odgłosy. Jęki coraz bardziej szalone, coraz bardziej błagające. Świat zmalał do tego filaru, do tego słonecznego snopa, do miejsca, gdzie byliśmy złączeni.
Pracowałem jak maszyna, bez przerwy, nie dając jej oddechu. Moje uda waliły o jej pupę, plaśnięcia mieszały się z naszym sapaniem. Pot spływał mi po plecach, każdy mięsień napięty do bólu – tylko jeden cel, nieunikniony.
Jej dłonie puściły moje ręce. Ramiona opadły, całe ciało napięło się w łuk, jakby zaraz miało pęknąć. Trzymała się tylko mnie i tego filaru, kompletnie oddana. Głowa zwisła, jasne włosy zasłoniły twarz. Z gardła – ciągły, urywany jęk, jak modlitwa i przekleństwo naraz.
– Tak, tak… Och Boże, właśnie tak. Bierz mnie tak. Och, Mariusz… – syczała raz po raz, biodra ruszały się naprzeciw moim, z tą samą dziką siłą. – Właśnie tak… nie przestawaj…
W uszach szumiało. Widziałem tylko ją. Czułem tylko ją – gorąco, wilgoć, całkowite poddanie. Byliśmy w tym samym rytmie, w spirali, która mogła skończyć się tylko jednym. Dłonie sunęły z bioder w górę, po bokach, czułem te wibracje, aż chwyciłem jej małe, jędrne piersi. Przycisnąłem ją mocniej, plecy o moją klatkę, twarz w jej gorącą szyję, wdychałem ją i siebie.
– Edytko… – charczałem do ucha, każde słowo walka o powietrze. – Jesteś… niesamowita… Taka ciasna i mokra…
W odpowiedzi jej dłoń sięgnęła do tyłu, złapała mnie za kark i przyciągnęła głowę bliżej. Palce wbiły się w włosy, trzymały mocno – nie dała mi się ruszyć. A jak pchnąłem szczególnie głęboko, jej drugi jęk był taki głośny, taki ostry, że na moment zagłuszył ptaki na zewnątrz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz