8. Bez strachu
Zatrzymała się przed lustrem.
Odwróciła się do mnie tyłem.
Jej odbicie patrzyło na mnie z drugiej strony szkła – te same czarne oczy, ten sam spiczasty kształt uszu, tylko że teraz było ich dwoje. Ona i jej cień. Ona i jej sobowtór. Ona i jej prawdziwa forma.
– Spójrz – szepnęła.
I wtedy zobaczyłem.
W lustrze jej plecy nie były gładkie.
Z łopatek wyrastały cienkie, prawie przezroczyste błony – jak u nietoperza, tylko delikatniejsze, lśniące, żyłkowane srebrem. Nie skrzydła. Nie całkiem. Raczej zalążki. Coś, co mogło się rozwinąć, gdyby tylko zechciała.
Na kręgosłupie, tuż nad kością ogonową, widać było ledwie zarysowany, ciemny trójkąt – jakby ktoś zaczął rysować ogon i przerwał w połowie.
Odwróciła się powoli.
Błony zniknęły.
Została tylko ona – dziewczyna-demon, dziewczyna-elf, dziewczyna-wszystko.
– Nie bój się – powiedziała, a jej głos zabrzmiał jak śmiech w pustej katedrze. – Jeszcze nie teraz.
Podniosła obie dłonie i położyła mi je na policzkach.
Palce zimne.
Oczy gorące.
Pocałowała mnie.
Nie w usta.
W czoło.
Długo. Mocno. Jakby wbijała w skórę pieczęć.
A potem poczułem, jak coś się we mnie otwiera.
Coś głębokiego.
Coś, co zawsze tam było, tylko nigdy nie miało imienia.
– Teraz jesteś oznaczony – powiedziała cicho. – I już nigdy nie będziesz sam.
Odsunęła się o krok.
Jej dłoń powędrowała między własne uda – tym razem bez wahania, bez gry.
Wsuwając dwa palce głęboko, powoli, patrząc mi prosto w oczy.
– Patrz – powtórzyła. – Patrz i pamiętaj.
Jej biodra zaczęły poruszać się w przód i w tył, bardzo powoli, w rytm, który nie należał do tego świata.
Jej oddech przyspieszył.
Jej powieki opadły do połowy.
A ja… ja czułem wszystko.
Każdy ruch jej palców.
Każde drgnięcie wewnątrz.
Jakby to moje ciało było penetrowane.
Jakbym to ja był w niej.
Kiedy doszła – cicho, prawie bezgłośnie, tylko z lekkim westchnieniem i drżeniem całej sylwetki – ja również doszedłem. Bez dotyku. Bez ręki. Tylko z jej spojrzeniem wbitym we mnie i jej smakiem na moich wargach, którego nigdy nie dotknąłem.
Upadłem na kolana po raz trzeci.
Tym razem nie z osłabienia.
Z wdzięczności.
Podniosła mnie za brodę.
Jej oczy były teraz zupełnie czarne – bez tęczówek, bez białek, tylko dwa lśniące krążki nocy.
– Chodź – powiedziała. – Pokażę ci resztę.
I poprowadziła mnie w stronę drzwi, których wcześniej nie było.
Drzwi z czarnego szkła, które otworzyły się same.
Za nimi nie było korytarza.
Była tylko ciemność.
I ciepło.
I zapach jaśminu, krwi i czegoś bardzo starego.
Wszedłem za nią.
Bez wahania.
Bez strachu.
Bo już nie byłem Andrzejem.
Byłem jej.
I to wystarczyło.
Ciemność za drzwiami była gęsta, ciepła i namacalna. Nie była to zwykła nieobecność światła, lecz żywa, oddychająca substancja, która otuliła mnie jak drugia skóra. Zapach jaśminu i krwi zmieszał się z czymś starożytnym, czymś, co przyprawiło mnie o zawrót głowy. Przez moment byłem ślepy i głuchy, pozbawiony wszelkich punktów odniesienia poza lekkim uściskiem jej dłoni na moim przegubie.
A potem światło się pojawiło.
Nie zapaliło się. Po prostu się stało. Miękka, złotawa poświata wypełniła przestrzeń, odsłaniając… komnatę. Ale to słowo było zbyt proste, zbyt ludzkie, by to opisać. Było to miejsce pomiędzy snem a jawą. Podłogi nie było – stąpaliśmy po czymś, co przypominało gęstą, czarną mgłę, która uginała się pod stopami, ale nie ustępowała. Ściany, jeśli w ogóle można je było tak nazwać, były utkane z cienia i migoczących, świetlistych nici, jak pajęczyna zrobiona z gwiazd. Powietrze drżało cichym, niskim brzęczeniem, jakby cała przestrzeń była żywym, śpiącym organizmem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz