7. To było „weź mnie”.
Poczułem jej uśmiech w ustach. Dłonie na mojej twarzy, trzymały mocno, jakby się bała, że zniknę. Całowaliśmy się coraz mocniej – to był start, ten pierwszy prawdziwy krok.
Odsunęła się o centymetry, spojrzała mi w oczy. Twarz zaróżowiona, usta mokre, trochę spuchnięte.
– To weź – szepnęła, głos jej drżał. – Nie czekaj.
To były te słowa. Rozpędziły resztki wątpliwości. Pochyliłem się, podniosłem ją – lekka jak piórko. Nogi oplotły mi talię, palce wbiły się w włosy. Gorąca, mokra cipka przykleiła się do brzucha, pierś do mojej twarzy.
Lekka jak nic. Uniosłem ją wyżej, dłonie pod tymi wąskimi, nagimi pośladkami – czułem każdy mięsień, kręgosłup pod palcami. Nogi zacisnęła mocniej, przyklejając gorącą, mokrą cipkę do mojego spoconego brzucha. Jak prąd – fala żaru po całym ciele.
– Mariusz… – szepnęła mi w szyję, gorąco. Usta sunęły po żuchwie, zostawiając mokry, palący ślad.
Nie odpowiadałem słowami. Tylko chrapliwy dźwięk wyrwał się z gardła, jak jej zęby zacisnęły się na obojczyku – nie bolało, tylko znaczyło. Prowadziła mnie w głąb tego rozwalonego domu, a ja szedłem, omijając cegły, pnącza, kierowany tylko jej cichymi, głodnymi szeptami.
Wprowadziła nas pod resztkę dachu, gdzie stare, spróchniałe belki wyglądały jak prymitywne łóżko – zasłane miękkim, suchym mchem i płatkami z bzu. Pachniało tu jeszcze mocniej – pyłkiem, stęchlizną i nią, tym słodkim, jej zapachem.
Opuściłem ją powoli, aż jej stopy dotknęły miękkiego mchu. Stała chwilę w półmroku, skóra lśniła jak perła w smugach światła. Te ciemne oczy śledziły każdy mój ruch, każdą minę. Widziała, jak patrzę, jak dłonie mi drżą.
– Boisz się teraz? – zapytała cicho, bez zadzioru, tylko ciekawość.
Pokręciłem głową. Słowa nie wychodziły. Oddech ciężki, głośny w tej ciszy. Strach poszedł. Zostało tylko to – czyste, dzikie pragnienie, aż bolało.
Staliśmy naprzeciwko, goli jak w raju. Jej wzrok zjechał po mojej klatce, po żyłach na ramionach, po twardym brzuchu, aż zatrzymał się tam, gdzie wszystko we mnie się skupiło. Patrzyła jak na cud.
– Jesteś taki… mocny – szepnęła, drżące palce sunęły w dół, po mięśniach. – Cały drżysz.
– To przez ciebie – chwyciłem jej dłoń, przycisnąłem do serca, które waliło jak oszalałe. – Tylko przez ciebie, Edyto.
Uśmiechnęła się tym swoim rozbrajającym uśmiechem i pociągnęła mnie za sobą na mech. Runęliśmy na miękkie posłanie; znalazłem się nad nią, oparty na łokciach, żeby jej nie zgnieść. Ciało pode mną – cud: lekkie, giętkie, idealne. Małe, jędrne piersi falowały szybko, sutki twarde jak jagody. Pochyliłem się i wziąłem jeden w usta.
Jęknęła – głęboko, z gardła. Palce wbiły mi się w włosy, przyciskały mocniej. Język kręcił kółka wokół sutka, przygryzałem lekko, ssałem – jakby chciałem wyciągnąć z niej całą słodycz. Biodra jej drgnęły, otarły się o mój brzuch, prawie konwulsyjnie.
– Tak… – wysyczała, głos pełen desperacji. – Proszę…
Moja ręka ruszyła w dół – po wąskich biodrach, po żebrach talii, aż zatrzymała się na tym gęstym, kędzierzawym zaroście. Czułem gorąco, wilgoć, która już przeciekała, moczyła mech pod nią.
Spojrzała mi w oczy – wzrok zamglony, ale świadomy. To było „tak”. To było „weź mnie”.
Moje palce poszły dalej, w jej ciepło. Była mokra jak cholera, gorąca, a cipka zacisnęła się na palcu tak mocno, że aż mnie zaskoczyło. Wydała krótki, urywany oddech, powieki jej drgnęły. Poruszyłem delikatnie – badałem, słuchałem każdego westchnienia, każdego drżenia.
– Czujesz? – szepnąłem jej do ucha. – Czujesz, jak bardzo cię chcę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz