Szukaj na tym blogu

2025-02-28

Ostatnie wakacje.

453. Czułem intensywne ssanie.


To co się w tej chwili działo, było naprawdę czymś niezwykłym. Drobne kropelki na mojej skórze parowały w ciepłych promieniach słońca. Stałem tuż przed nią, a moje stopy zapadały się w wilgotnym miękkim piasku. Wypiąłem biodra w jej stronę, starając się wysunąć mojego ptaka tak daleko, aby mogła zrobić z nim wszystko, co tylko zechce. Drżąc na całym ciele napiąłem się jak struna, a ona zahipnotyzowana, ujęła je od spodu otwartą dłonią. Zacisnęła palce pod jądrami i cały worek przycisnęła do korzenia. Zabolało i to było naprawdę przyjemne. Następnie skierowała twardy łeb w stronę swoich ust i bez wahania wpakowała do środka. Żeby mnie pochłonąć, jej buzia musiała być bardzo szeroko otwarta, a i tak ledwo dawała radę. 

Moje żylaste napęczniałe narzędzie było niczym taran. W powietrzu unosił się zapach seksu, zapach śliny i mojego mokrego penisa. Z niesamowitym zaangażowaniem pochłaniała go coraz bardziej. Wchodziłem w nią po same migdałki, a po chwili stało się coś, co przyprawiło mnie o intensywne zawroty głowy. Nie wiem jak tego dokonała, ale w jej ustach wytworzyło się ogromne podciśnienie. Czułem intensywne ssanie, jej buzia była jak dojarka elektryczna. Ciągnęła mojego fiuta jak smoczek, a ja nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Stopniowo traciłem kontakt z rzeczywistością i odpływałem w słodki niebyt podniecenia. Drżałem na całym ciele i dyszałem ciężko.

– Och Ciociu ciociu! – jęczałem z rozkoszy. 

Na efekty takiego zachowania nie musiałem czekać zbyt długo. Kiedy zacisnęła dłonie u podstawy mojego korzenia, a jego głowica wysunęła się z jej gorącej, wilgotnej buzi, z dziurki na jego końcu w ciągu kilkunastu sekund popłynęła taka ilość spermy, że ochlapałem całą jej twarz i cycki. Moje nasienie wpadło do jej buzi, ale nie tylko. Przede wszystkim zatrzymało się na policzkach i nosie. Gęsty lepki budyń płynął niespiesznym strumieniem i spadał z jej brody na przecudne jędrne balony. Był jak lukier na słodkim torcie.

– Juuulian… – odezwała się, przeciągając głoski. 

Świat wokół mnie zawirował i jeśli do tej pory myślałem inaczej, to teraz musiałem zrewidować swoje poglądy. Ten wytrysk wcale nie był końcem atrakcji. Byłem przekonany że zabawa dopiero zaczyna się rozkręcać. Byłem zbyt młody i nie miałem pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi, ale wiedziałem jedno – ciocia wpadła w jakiś dziwny amok. Jej zachowania nie dało się wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. To nie było ani rozsądne ani mądre. Zachowywała się tak jakby przed chwilą coś wzięła. Była otumaniona i półprzytomna, skupię na wyłącznie na tym co zamierzała zrobić. Seks znów rządził jej zachowaniem, był początkiem i końcem wszystkiego. Totalne wyuzdanie i brak jakichkolwiek zahamowań rządziły w tym dzikim zakątku. Ona była niesamowita. Nigdy wcześniej nie przeżyłem podobnej historii. Tylko ona potrafiła mi dać tak kosmiczne i odlotowe doświadczenia seksualne.

Stałem w tej płytkiej wodzie kompletnie nagi i bez wstydu paradowałem z gołym, żylastym, napęczniałym do granic możliwości fiutem. Na dodatek miałem z tego gigantyczną frajdę. Kutas był brudny. Oblepiony w nasieniu lśnił w promieniach słońca, a jego intensywny aromat rozchodził się ciężką chmurą wokół nas.

2025-02-27

Ostatnie wakacje.

452. Chodźmy popływać. 


Siedzieliśmy na piasku, gdy ciocia nagle spojrzała na mnie z takim ciepłym uśmiechem, że przez całe moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Jej spojrzenie zawsze miało w sobie coś uspokajającego, ale tym razem było w nim coś więcej — jakby odgoniła wszystkie troski burzy, która niedawno przetoczyła się nad nami. Jej spojrzenie zapowiadało coś nowego, innego, jakąś kolejną cudowną przygodę. 

– Och, Julian, chrzanić to – powiedziała z beztroskim śmiechem. – Przestańmy się martwić tym, co będzie, i cieszmy się chwilą. Przeżyliśmy przecież prawdziwą burzę na plaży, bez żadnej ochrony. Chyba jesteśmy jakimiś wybrańcami!

Zaśmiałem się, równie zachwycony jej podejściem. Miałem poczucie, że rzeczywiście jesteśmy niepokonani. Tak jakbyśmy mogli zrobić tutaj wszystko, bez obawy o jakąkolwiek krytykę. 

– Och, ciociu, masz rację! – zawołałem równie szczęśliwy. 

Nagle w jej oczach pojawił się błysk dziecięcej radości. Wiedziałem, że ma kolejny pomysł na spędzenie, nie tylko kilkudziesięciu minut, a następnych kilku godzin na tej cudownej wyspie. 

– Wiesz co? Chodźmy popływać. Tu jest tak pięknie, a woda na pewno jest ciepła. Szkoda byłoby to zmarnować!

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę brzegu. Piasek parzył stopy, ale nie miało to znaczenia. Byliśmy dostatecznie nagrzani od słońca, by nie bać się wskoczyć w chłodną toń jeziora. Nadzy jak Adam i Ewa w raju pobiegliśmy w stronę brzegu. 

Woda oblała nas jak chłodny całun, ale po chwili nasze ciała przyzwyczaiły się do temperatury. Pływaliśmy wzdłuż linii brzegowej, zapominając o wszystkim – nie myśląc o tym, co było, ani o tym, co będzie. Liczyła się tylko ta chwila. Nasz śmiech i odgłos rozbryzgującej się wody niosły się echem po całej plaży. Byliśmy szczęśliwi jak małe dzieci.

– Och, Julian! – zawołała ciocia, wystawiając głowę ponad powierzchnię. – Tutaj jest tak wspaniale! Dzika plaża i tylko my we dwoje!

– Masz rację, ciociu! To naprawdę niezwykłe miejsce! – odpowiedziałem, czując, jak mój sztywny kutas pracuje niczym kill sportowego jachtu.

Chwilę później stanęliśmy naprzeciw siebie na płyciźnie. Grząski piasek powoli pochłaniał nasze stopy, a woda sięgała nam do kolan. Oboje ociekaliśmy wodą, z włosami przyklejonymi do twarzy. Patrzyłem na ciocię z wdzięcznością, której nie potrafiłem wyrazić słowami, ale też rosnącym podnieceniem. 

Była nie tylko gospodynią, która przyjęła mnie pod swój dach, ale i rewelacyjną nauczycielką oraz przyjaciółką. Przy niej czułem się dobrze – swobodnie, bezpiecznie, jakbym w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi. Wiedziałem, że to, czego mnie nauczyła zostanie ze mną na całe życie. I nie chodziło tylko o seks, który przecież był rewelacyjny, a raczej o całokształt tego kim była I co sobą reprezentowała.

Bez wstydu i zażenowania patrzyłem na jej wielkie wielkie, baroniaste piersi z chropowatymi brodawkami i sztywnymi grubymi sutkami, na szerokie biodra, krągłe, duże pośladki, jędrne uda oraz nabrzmiałą, soczystą cipeczkę. Chłonąłem ten moment, wiedząc, że zostanie we mnie na zawsze, jak zapach jeziora i smak lata, które nigdy nie przemijają. Ona była moją uwodzicielką i najcudowniejszą kochanką. 

Kiedy uklękła przede mną w tej płytkiej wodzie i uniosła swoje duże ciemne oczy, kiedy spojrzała wprost na moją twarz tak wymownie, że nie dało się tego zinterpretować opatrznie, wiedziałem, że znów się zaczyna. Przez długą chwilę milczała z lekko uchylonymi ustami. Jej oddech szybki, nerwowy, niemal czułem, jak bije jej serce, a później zacisnęła do dłoń na moim podnieconym, sztywnym przyrodzeniu i powiedziała: 

– Julian, chłopaku, co ty ze mną robisz? Przestań. Proszę, przestań tak na mnie działać. Przestań, bo zwariuję przez ciebie.


2025-02-26

Ostatnie wakacje.

451. Podoba ci się u mnie?


Ubrania schły rozwieszone na pobliskich krzewach, powiewając radośnie na wietrze jak chorągiewki na kutrze rybackim. Materiał, który jeszcze niedawno kleił się do ciała, teraz zaczynał delikatnie sztywnieć pod wpływem słońca i ciepłego zefiru. Słońce grzało coraz mocniej, jakby chciało zatrzeć ślady po burzy.

Mimo że wciąż czułem wilgoć na plecach, powoli zaczynałem się nagrzewać. Leniwie wystawiłem twarz do słońca, pozwalając promieniom ogrzać zmęczone ciało. Mój penis, czując taką ilość przyjemnego ciepła, powoli zaczynał napełniać się krwią. Robił się coraz bardziej sztywny i coraz grubszy. Na całej jego powierzchni znów pojawiła się sieć fioletowych żył, a wielki, spiczasty kapelusz nabrał kształtów. Znów miałem ochotę na ostre bzykanie. 

Ciocia leżała obok mnie, podparta na łokciach, z przymkniętymi powiekami. Jej twarz była spokojna, zrelaksowana, jakby zapomniała o całym świecie, a duże piersi swobodnie rozlały się na boki. Chropowate brodawki ściemniały, a sutki wypiętrzały się. Wygolona cipka między rozchylonymi udami nabrała turgoru, a różowo karminowe płatki śmiało wysuwały się ze środka, przyprawiając mnie o słodkie dreszcze na całym ciele.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, w której słychać było tylko szum wiatru i cichy szelest liści poruszanych ciepłym zefirem. Wiedzieliśmy, że powinniśmy już wracać, ale żadne z nas nie miało na to ochoty. Burza minęła bezpowrotnie, a teraz wszystko wydawało się tak piękne, ciepłe i spokojne, że oboje bez słów podjęliśmy decyzję – zostaniemy tu jeszcze chwilę.

– I co, Julian? Podoba ci się u mnie? – zapytała nagle ciocia. Przy okazji, jakby od niechcenia, przyjechała otwartą dłonią po nagrzanej cipeczce.

Wpatrzony w jej ruchy, w pierwszej chwili nie zareagowałem. Mimo że byliśmy sami, miałem dziwne wrażenie, że te słowa nie były skierowane do mnie. Brzmiały bardziej jak pytanie rzucone w przestrzeń, jakby chciała je zadać samej sobie. Dopiero po chwili spojrzałem na jej twarz i poczułem, jak palą mnie policzki. 

Rumieniłem się, bo zdałem sobie sprawę, że ona śledzi moje spojrzenie. Znów toczyła się między nami ta dziwna gra. Poza tym, dlaczego pytała o to właśnie teraz, po tylu przygodach, które tu przeżyliśmy? Przecież musiała wiedzieć, jak bardzo mi się podobało. Zamiast jednak szukać odpowiedzi w myślach, postanowiłem odpowiedzieć szczerze.

– Och, ciociu, tak! Bardzo mi się podoba. Jestem zachwycony!

Starałem się, by moje słowa brzmiały wystarczająco entuzjastycznie, ale jednocześnie chciałem, by zawierały odpowiednią dawkę wdzięczności. Dziwnym zbiegiem okoliczności dokładnie w tej samej chwili mój kutas skończył powracanie do pełnego wzoru. Zesztywniał i bezceremonialnie uniósł się ponad brzuch, dumnie prezentując swoje kształty i wielkość.

Ciocia uśmiechnęła się z ciepłem, które zawsze rozbrajało każdą moją niepewność.

– No, to dobrze – mruknęła, jakby właśnie usłyszała najoczywistszą rzecz na świecie.

Słońce wciąż grzało, a ubrania na krzakach niemal doszczętnie wyschły. Mimo to nadal nie ruszaliśmy się z miejsca. Czułem, że ta chwila miała w sobie coś wyjątkowego. Jakby czas zwolnił, pozwalając nam nacieszyć się tym, co już nigdy nie wróci – zapachem parującej ziemi, ciepłym wiatrem i świadomością, że życie potrafi być piękne nawet po burzy. 

Czułem, że znów zanosi się na burzę, tym razem inną w swoim charakterze. Napięcie między nami szybko rosło i wiedziałem, że w którymś momencie nie wytrzymamy. 

2025-02-25

Ostatnie wakacje.

450. Kupiłam ci nowego iPhone’a.


Spojrzałem na nasze rzeczy porozrzucane po mokrym piasku. Wszystko było kompletnie przesiąknięte wodą, od ubrań po koszyk piknikowy. Nawet nasze smartfony nie przetrwały tego starcia z burzą. Wyłączyły się w trakcie nawałnicy i teraz wyglądały na martwe – zimne, mokre bryły plastiku i szkła, które raczej nie wrócą szybko do życia.

– Chyba będą potrzebować czegoś więcej niż słońca, żeby znowu działały – powiedziałem zrezygnowany, potrząsając swoim telefonem, z którego kapała woda.

Ciocia wzruszyła ramionami z rozbrajającym uśmiechem.

– Może to i lepiej. Czasem warto się odłączyć od świata. A tak przy okazji... miałam ci o tym wcześniej powiedzieć, ale wyleciało mi z głowy. Kupiłam ci nowego iPhone’a.

Zamurowało mnie. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem.

– Tak, ciociu? Naprawdę?

– No jasne. Z okazji twoich urodzin – odparła beztrosko. – Już wcześniej widziałam, że ten twój ledwo zipie. Poza tym szybkę masz pękniętą.

Zerknąłem na swój telefon. Faktycznie, pęknięcie szpeciło ekran.

– Ale to tylko drobna rysa... Ciociu, naprawdę nie trzeba było. To drogi prezent.

– Przyda ci się, Julian. Wkrótce idziesz na studia, a tam internet to podstawa – skwitowała z przekonaniem.

Westchnąłem, wdzięczny, ale wciąż zaskoczony.

Nasze ubrania, tak jak wszystko inne, były kompletnie przemoknięte. Moja hawajska koszula i krótkie spodenki były mokre jak po praniu. Ubrania cioci wyglądały równie żałośnie, co wcale mi nie przeszkadzało, bo wolałem patrzeć na jej nagie ciało. Teraz, aby podziwiać jej kształty, nie musiałem tłumaczyć się sam przed sobą. 

Wszystko tutaj było jakieś dziwne. Normalnie po burzy robi się chłodno, ale tym razem było inaczej. Słońce wyszło zza chmur i zaczęło grzać tak intensywnie, jakby burza nigdy nie miała miejsca. Parujący piasek pachniał wilgocią, a w powietrzu unosił się świeży zapach lasu. Robiło się naprawdę przyjemnie. 

– Rozwieśmy wszystko na tych krzakach – zaproponowała ciocia, wskazując pobliskie zarośla. – W takim słońcu i przy tym wietrze szybko wyschnie.

Zebraliśmy nasze rzeczy i rozwiesiliśmy na gałęziach. Kiedy ciocia się chlała, nie omieszkałem zerkać między jej uda na jędrną, soczystą cipeczkę oraz pięknie opadające workowate piersi. Po chwili koszula, spodnie, wszystkie ręczniki oraz ubrania cioci wisiały niczym pranie na lince przed domem. Wyglądaliśmy jak rozbitkowie, próbujący ratować resztki swojego dobytku. To było bardzo romantyczne ale i pobudzało moją wyobraźnię. Byłem sam z tak atrakcyjną kobietą i już zastanawiałem się, co jeszcze mogę z nią zrobić na tej bezludnej wyspie. 

– No i co teraz? – zapytała ciocia, siadając na ciepłym piasku i rozchylając nieco nogi. – Może powinniśmy zgłosić się do konkursu na najdziwniejszą sesję zdjęciową?

Uśmiechnąłem się. Nie mogłem się oprzeć, aby nie spojrzeć na jej niezwykle pulchną i apetyczne cipkę. 

– Może wygramy nagrodę specjalną za baraszkowanie w burzy – odparłem, otrzepując nogi z piasku, a przy okazji zerkając na własnego ptaszka, który już wyraźnie podnosił swój łepek. 

Po chwili zastanowienia spojrzałem na łódkę. Na szczęście przetrwała ten mały kataklizm bez uszkodzeń. Lina trzymała mocno, a kadłub wyglądał na nienaruszony.

– Łódka jest w porządku – oznajmiłem z ulgą. – Jak tylko ubrania wyschną, możemy ruszać.

Ciocia westchnęła, zadzierając głowę do nieba.

– Trochę szkoda teraz wracać, taka ładna pogoda. No ale cóż, chyba nie mamy wyboru.

Przytaknąłem. Byliśmy zmęczeni i przemoknięci, ale mimo to bardzo szczęśliwi. Słońce grzało coraz mocniej. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, czując na skórze ciepły zefir. Jakby cała ta burza była tylko złudzeniem, które pozostawiło po sobie jedynie wilgotny piasek, parujące ubrania i wspomnienie przygody, której długo nie zapomnimy.

2025-02-24

Ostatnie wakacje.

449. Poszła bokiem.


Nagle deszcz zaczął słabnąć, jakby sam żywioł stracił na sile. Grzmoty oddaliły się, cichnąc stopniowo w lesie, a wiatr przestał szarpać nami bez litości. Ciocia odsunęła się ode mnie, jakby nieco speszona. Naga, pełna obfitych kształtów i niezwykle podniecająca, wciąż drżała, jednak na jej twarzy malowała się już ulga. Krople deszczu spływały po jej policzkach, mieszając się z mokrymi kosmykami włosów. Gdyby nie koszmarna sytuacja, która przed chwilą się nam przydarzyła, mógłbym przysiąc, że wygląda po prostu ślicznie. No cóż, to co się stało, wcale nie było romantyczne. Ja sam ledwo trzymałem się na nogach. Byłem przerażonyl ale też i, w jakiś niezwykły sposób, tym wszystkim zachwycony. 

– Chyba już po wszystkim… — powiedziała cicho, spoglądając w stronę jeziora, które uspokajało się tak szybko, jak wcześniej wpadło w gniew.

Przytaknąłem, próbując złapać oddech. Powietrze było ciężkie, pachniało mokrą ziemią i ozonem. Wokół nas panowała dziwna cisza, jakby świat wstrzymał oddech po burzy.

– Poszła bokiem. Nic ci się nie stało, Julian? Jesteś taki drżący, – zaniepokoiła się, próbując jednocześnie się uśmiechnąć. 

Jej głos wciąż lekko drżał.

Odwróciłem wzrok od niej i spojrzałem na nasze rzeczy, które leżały porozrzucane po piasku. Były przemoczone do suchej nitki. Masz koszyk przewrócił się, a resztki jedzenia były teraz tylko papką. Ubrania, które udało nam się zebrać w pośpiechu, również nadawały się tylko do wyżymania.

– No cóż, to chyba koniec pikniku, – rzuciłem z wymuszonym śmiechem.

Ciocia spojrzała na mnie i pokręciła głową. Wciąż wydawała mi się taka atrakcyjna, że nie mogłem zapanować nad reakcjami własnego organizmu. Był lekko uniesiony i dość gruby, co, bez wątpienia, musiała zauważyć.

– Ale co to za przygoda! — powiedziała z zaskakującym entuzjazmem. – Będziemy to wspominać latami, zobaczysz.

– Pod warunkiem, że nie skończymy z zapaleniem płuc, – mruknąłem, ale jej optymizm był zaraźliwy.

– Mam nadzieję, że jednak nie. Chodź, trzeba posprzątać ten bałagan, bo nawałnica może wrócić.

Kiedy zbieraliśmy resztki rzeczy, poczułem, jak napięcie powoli opuszcza moje ciało. Kiedy się pochylała, obserwowałem ją ukradkiem i mimo chłodu, który jeszcze odczuwałem, doświadczałem coraz większego podniecenia. Patrzyłem na jej wielkie, krągłe pośladki, spomiędzy których wyłania się soczysta cipka dojrzałej kobiety.

– Zawsze mówiłam, że życie bez odrobiny szaleństwa jest nudne, – rzuciła wesoło, prostując się i stając do mnie przodem. 

Kiedy spojrzałem na jej wielkie cycki, chropowate brodawki i sztywne, grube sutki, powiedziałem z uśmiechem;

– A ja chyba zaczynam ci wierzyć.

Szliśmy brzegiem, mokrzy, zmęczeni, ale jakoś dziwnie szczęśliwi. Burza zostawiła po sobie nie tylko zniszczenie, ale i uczucie triumfu. Przetrwaliśmy ją razem, a teraz nic nie wydawało się już tak straszne. Poza tym nasze doświadczenia erotyczne zdobyte na tej wyspie, także pozostawiły po sobie niezatarty ślad. 

Kiedy burza w końcu na dobre ucichła, a słońce nieśmiało wychyliło się zza ciężkich, rozproszonych chmur, ogarnęła nas dziwna ulga. Powietrze wciąż było ciężkie i przesycone zapachem mokrego piasku, lasu oraz wody, ale robiło się coraz jaśniej, coraz cieplej. Właściwie to nie — robiło się wręcz gorąco. Ku naszemu zdziwieniu, jakby natura chciała zamazać ślady swojej gwałtowności, słońce zaczęło grzać tak mocno, że trudno było uwierzyć, iż chwilę temu walczyliśmy z żywiołem.

– Chyba jednak nie zamarzniemy, – rzuciła ciocia, z ulgą ocierając wodę z twarzy.

2025-02-23

Ostatnie wakacje.

448. Otoczeni szalejącym żywiołem.


Obydwoje byliśmy kompletnie nadzy. Do tej pory ani przez chwilę nie pomyśleliśmy o tym, aby się ubrać. Inne rzeczy były dużo ważniejsze. Mimo to nie umknęło mojej uwadze, że mój kutas wciąż sterczy jak głupi. Był wielki żylasty i gruby i nie zamierzał się poddać. Poza tym moje podniecenie wzmagało się za każdym razem, gdy patrzyłem na wielkie cycki cioci, huśtające się w rytm jej kroków na wszystkie strony. Pomimo tego, co się działo, nie mogłem przestać myśleć o tym, co robiliśmy jeszcze przed kilkunastoma minutami.

Nagle kątem oka dostrzegłem coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Nad wzburzoną taflą jeziora sunęła ściana deszczu, gęsta i nieprzenikniona, jakby zbliżał się szklany mur rozbijający się o powierzchnię wody. Wiatr szarpał koronami drzew, a piasek zaczął wirować wokół nas.

– Musimy się pospieszyć! – krzyknęła ciocia, a ja, patrząc na jej szerokie biodra i wydepilowaną cipkę, szarpnąłem się w nagłym, niekontrolowanym skurczu.

Trąciła mnie łokciem w bok, wyrywając z zamyślenia. Błyskawicznie zaczęliśmy zbierać porozrzucane rzeczy – moje ubrania, jej tunikę, koszyk piknikowy, w którym zostały resztki jedzenia. Chleb był już mokry od pierwszych kropli deszczu, a owoce turlały się po piasku.

– Złap to! – podałem cioci koszyk, sam chwytając resztę rzeczy pod pachę.

Rozejrzeliśmy się gorączkowo, ale nigdzie nie było widać żadnego schronienia. Tylko dzika plaża, niewielkie krzewy i daleki las, który teraz wydawał się nieosiągalny.

– Gdzie się schronimy? – zapytałem z napięciem w głosie.

– Nie mam pojęcia, – przyznała ciocia.

Wiatr smagał nas bezlitośnie, a krople deszczu zamieniały się w lodowate igły. Mieliśmy zaledwie chwilę, zanim burza całkowicie nas pochłonie. 

Burza uderzyła z niesamowitą siłą, jakby nagle otworzyły się niebiosa, a cały gniew nieba runął wprost na nas. Niebo zgasło, przesłonięte ciężkimi, granatowymi chmurami, które przetaczały się nad jeziorem jak olbrzymie fale. Wiatr świszczał wokół nas, wyjąc niczym dzikie zwierzę, szarpiąc nasze włosy i ubrania.

Deszcz nie padał – on uderzał, smagał nas bez litości lodowatymi strumieniami wody. Krople wbijały się w skórę jak igły, pozostawiając piekące ślady. Ciocia w jednej chwili przylgnęła do mnie, obejmując mnie ramionami. Ja objąłem ją z całych sił, jakbym mógł w ten sposób ochronić nas przed tym szaleństwem.

Woda lała się z nieba tak gęsto, że ledwo widziałem na kilka kroków przed sobą. Cały świat wokół nas zniknął w kłębach deszczu, a tylko przeraźliwe grzmoty, potężne i suche, odbijały się echem od ściany lasu. Powietrze wibrowało od elektryczności, a każdy błysk rozświetlał jezioro na ułamek sekundy, ukazując wzburzone fale, które biły o brzeg z hukiem.

Ciocia drżała, a jej oddech był szybki i nierówny. Poczułem, jak jej palce zaciskają się na moich ramionach.

– Julian… – powiedziała drżącym głosem. – Niech to się skończy

– Skończy się, ciociu. Musi się skończyć, – odpowiedziałem, choć sam ledwo wierzyłem w swoje słowa.

Czuliśmy, jak nasze ciała wibrują od zimna i strachu. Każdy kolejny grzmot zdawał się rozrywać powietrze na strzępy, jakby świat wokół nas miał zaraz pęknąć. Wiatr wbijał nas w ziemię, a ja przyciskałem ciocię do siebie, próbując osłonić ją przed żywiołem, choć wiedziałem, że to na nic.

Nie było dokąd uciekać. Nie było żadnego schronienia. Byliśmy tylko my, wtuleni w siebie, otoczeni szalejącym żywiołem. Moje myśli krążyły wokół jednej prośby: Niech to się skończy. Proszę, niech to się już skończy.

2025-02-22

Ostatnie wakacje.

447. Nie czas na panikę


Później, brudni, nadzy, lecz zaspokojeni, tarzaliśmy się z ciocią w płytkiej, ciepłej wodzie przy samym brzegu. Śmiech odbijał się echem od drzew, a ja czułem się lekki i beztroski, jakbym na chwilę zapomniał o całym świecie. To, co się stało przed chwilą między nami, było naprawdę wyjątkowe i miałem nadzieję jeszcze to powtórzyć. Teraz czułem, że relacje między nami jeszcze bardziej się zacieśniły. Trzymałem ją mocno za ramiona, a ona wyrywała się z udawaną determinacją.

– Puść, Julian! Ależ ty jesteś silny! Nie wytrzymam z tobą! Czy chcesz mnie jeszcze raz wyruchać? – krzyczała przez śmiech.

– Och, ciociu, pewnie że tak! Chcę wsadzić mojego kutasa też w twoją dupę! Dałaś mi tyle szczęścia i satysfakcji, że nabrałem ochoty na więcej! — odpowiedziałem, choć trochę zdyszany, lecz czułem, że szybko dochodzę do siebie.

Woda chłodziła nasze jeszcze tak bardzo rozgrzane ciała, a fale łagodnie obmywały piasek wokół nas. Ciocia już prawie nie miała mojej spermy na ustach. Nagle stało się coś, w co jeszcze przed chwilą bym nie uwierzył. Powietrze nad wyspą rozdarł potężny, suchy grzmot. Na chwilę straciłem słuch. Zamarłem, a ciocia momentalnie przestała się śmiać. Spojrzałem na nią — miała szeroko otwarte oczy, a na twarzy malowało się zdumienie. Jej wielkie, baloniaste cycki falowały w rytm szybkiego oddechu.

Echo grzmotu niosło się nad wyspą, odbijając się od ściany lasu jak złowieszczy dźwięk przypomnienia o potędze natury. Nie wiedzieliśmy, co się stało. Serce biło mi jak oszalałe, a w moich uszach dźwięczała cisza, która zapadła po tym nagłym huku.

– O kurwa, co to było?! — zawołała ciocia.

Choć bardzo się starałem, nie potrafiłem odpowiedzieć. Kolejny grzmot, tym razem bardziej odległy, przeciął powietrze. Niebo w szybkim tempie zaczęło się zmieniać — ciemniało, jakby ktoś rozlewał na nim atrament. 

Odwróciłem się w stronę jeziora. To nie wyglądało zbyt dobrze. Nasze rzeczy leżały porzucone na piasku po drugiej stronie, a łódka kołysała się delikatnie przy zmurszałym palu, do którego ją przywiązaliśmy.

– Myślisz, że dobrze ją przymocowaliśmy? – zapytała ciocia z niepokojem w głosie.

Przełknąłem ślinę.

– Nie wiem… wydaje mi się że tak.

Spojrzałem na drugą stronę jeziora. Brzeg wydawał się teraz przerażająco daleko. Woda, która jeszcze przed chwilą wydawała się naszym sprzymierzeńcem, teraz jawiła się jako coś groźnego i nieprzewidywalnego.

– Chyba mamy poważne kłopoty – powiedziałem cicho, czując, jak adrenalina ściska mi gardło.

Ciocia skinęła głową, biorąc głęboki oddech.

– Chłopcze, to nie czas na panikę. Musimy coś wymyślić i to szybko, – powiedziała z pozornym spokojem, choć ja widziałem, że była równie przerażona jak ja.

Serce waliło mi jak oszalałe, ale musiałem się opanować. Ciocia zerknęła na mnie, a w jej oczach dostrzegłem to samo, co czułem – strach, ale też determinację. Ruszyliśmy jednocześnie w stronę łódki, rozbryzgując wodę na wszystkie strony.

– Sprawdź węzeł! – rzuciła, a jej głos ledwo przebił się przez pierwsze podmuchy wiatru.

Nachyliłem się nad zmurszałym palem, do którego przywiązaliśmy linę. Uchyliłem powiekę od kropli, które zaczynały już padać. Lina była napięta jak struna, ale trzymała.

– Jest dobrze! – zawołałem.

– Na wszelki wypadek wyciągnijmy ją na brzeg! — zdecydowała ciocia, chwytając burtę z jednej strony.

Z całych sił pchaliśmy łódź ku piaszczystemu brzegowi, aż jej dno z chrzęstem ugrzęzło w mokrym piasku.

– Powinna tu być bezpieczna, – sapnęła ciocia, ocierając dłonią pot z czoła.

– Lepiej dmuchać na zimne, – przytaknąłem.

2025-02-21

Ostatnie wakacje.

446. Nie wytrzymała ciśnienia. 


Ona była niesamowita. Nie mogłem uwierzyć, że tak łatwo mną manipuluje, że jest w stanie zapanować, nie tylko nad moim umysłem, ale też i nad moim ciałem. I to w takiej chwili! 

Nim zdążyłem się zorientować, już siedziała na mnie tyłem. Wariatka jedna! Odwróciła się tak sprawnie, że nawet tego nie zauważyłem. Wszedłem w nią do samego końca i poczułem, że odpływam. Przed moimi oczami na chwilę zapadła ciemność, w uszach słyszałem jednostajny, monotonny szum. Byłem na granicy, ale, o dziwo, nie spuściłem się jeszcze, choć, tak naprawdę, wcale nie byłem tego pewny. Nie byłem pewien, czy z mojego fiuta nie popłynęło już coś, jakaś niekontrolowana porcja nasienia. No cóż, nie mogłem być tego pewny. 

Usiadła mnie w tak niesamowity sposób, że mogłem tylko wyć z rozkoszy. Nie siedziała na mnie pośladkami. Cały ciężar podparła na stopach i dłoniach opartych na moich udach. Jej szeroko rozchylone kolana sprawiały, że w cipeczce było nieco luźniej, co nie znaczyło, że mniej przyjemnie. Efekt był taki, że zamiast szybkiego, gigantycznego orgazmu, doświadczałem przeciągającej się obezwładniającej, słodkiej rozkoszy. 

Kiedy po chwili zaczęła się unosić, odchyliła się do tyłu na moją klatkę piersiową, a dłonie podparła na moim brzuchu. Unosiła swoje pośladki bardzo powoli. Wychodziłem z niej niespiesznie, milimetr po milimetrze, czując każde drżenie jej podnieconego ciała. Mój penis był jeszcze bardziej gruby, był jak kawał tłustej kaszanki. Miałem jakieś niezwykłe niemal podświadome przeczucie, że ciocia za chwilę znów dostanie orgazmu. Znałem już ją na tyle dobrze, by poprawnie interpretować najdrobniejsze, najbardziej subtelne zmiany jej podnieconego ciała. Czułem bardzo delikatne, drobne skurcze na samej głowicy mojego penisa. Jej cipka zaczęła stopniowo pulsować. Słyszałem jej przyspieszony oddech. Miałem wrażenie, że pod, zaciśniętymi na jej udach, palcami wyczuwam coraz szybszy puls. 

– Julian, Och Julian, – szepnęła w końcu.

To, co się stało w następnym momencie, jest równie trudne do opisania, jak poprzednie chwile. Nikt mnie tego nie uczył, a jednak wiedziałem, jak się zachować i w którym dokładnie momencie mam zmienić pozycję. Może to jej subtelne sugestie sprawiły, że zachowywałem się jak rasowy kochanek, a może sama sytuacja sprawiała, że wszystko wydawało się dużo łatwiejsze. Nie mam pojęcia. 

W każdym bądź razie teraz, na samym szczycie mojego i jej podniecenia, stałem na szeroko rozstawionych nogach, a ona siedziała pomiędzy nimi. Siedziała po turecku z zadartą brodą i uchyloną buzią. W momencie, kiedy wepchnąłem w nią mojego gigantycznego jebakę, spuściłem się taką ilością spermy, że nie wytrzymała ciśnienia. 

Nasienie wylało się wszystkimi możliwymi szczelinami, spadając na jej wielkie cycki, brzuch i kolana. Z zachwytem obserwowałem jak próbuje łykać nadmierną ilość mojego budyniu, ale mimo wzmożonych wysiłków jej to nie wychodzi. Znów poczułem się prawdziwym mężczyzną. Dokonałem czegoś, z czego mogłem być w dumny. Widok, który obserwowałem był naprawdę spektakularny. Moja ukochana ciocia trzymała moją fujarę z szeroko otwartą buzią i próbowała łykać wszystko, co ze mnie wypłynęło, a ja pompowałem w nią niczym z węża strażackiego. Napięty do granic możliwości, z zaciśniętymi zębami, spuszczałem się i spuszczałem, nie wiedząc, kiedy się to skończy. 

2025-02-20

Ostatnie wakacje.

445. Znała wszystkie sekrety.


Nikt mi nie podpowiadał, jak to robić, a jednak wszystko układało się perfekcyjnie. Moje pośladki nieco wystawały poza krawędź kamienia w taki sposób, by znalazło się miejsce na jej nogi. Przerzuciła udo przez moje biodra i dosiadła mnie jak rasowa dżokejka. Kiedy tylko mój kutas znalazł się w zasięgu jej cipki, bez zastanowienia opadła na niego. Wjechałem w nią gładko, a w mojej głowie zawirowało. Przez chwilę miałem wrażenie, że stracę przytomność. Ciocia Antonina była prawdziwą seksbombą. Jej wielkie jędrne pośladki idealnie nadawały się do wyuzdanych seks igraszek. Ciasna, podniecona do granic możliwości, pizda, zaciskała się na moim twardym chuju niemiłosiernie mocno, a ciocia jeszcze jakby specjalnie z wielkim wysiłkiem zaciskała wszystkie mięśnie. 

Powoli opadała, a ja wchodziłem w nią coraz głębiej, doświadczając niebiańskiej rozkoszy. Byłem na granicy orgazmu. Jaja bolały pod ciśnieniem gorącej spermy. Czułem, że nie wytrzymam nawet kilku ruchów jej pośladkami.

– Boże, Antonino, chcę się w ciebie spuścić! – jęknąłem półprzytomnie. 

Objąłem ją ramionami w talii i powoli naciskałem na pośladki, mając świadomość, że to może być ostatnie posunięcie tego stosunku. Mój wielki twardy kutas wchodził w nią, stopniowo przedzierając się przez pierścienie silnych mięśni. Odwróciła głowę, jakby chciała sprawdzić, czy jest wystarczająco głęboko. A kiedy opadła do końca, powoli zaczęła się podnosić, jednocześnie kontrolując tempo, abym nie trysnął za wcześnie. 

– Nie ma mowy Julian, musisz jeszcze trochę popracować swoim kutasem, – odpowiedziała, dysząc ciężko.

Już po chwili, czy tego chciałem, czy nie, ona znów przejęła kontrolę nad tym, co się działo. Szczęśliwy i zadowolony z siebie, leżałem płasko na gorącym piasku z lekko rozchylonymi udami, a ona mnie dosiadała. Nasze zbliżenie było łagodniejsze, choć jeszcze bardziej gorące i słodkie. 

Oszołomieni i zachwyceni okolicznościami przyrody i sobą nawzajem kochaliśmy się, patrząc sobie w oczy i zapominając o bożym świecie. Antonina położyła dłonie na moim brzuchu, unosiła i opuszczała swoje biodra łagodnie i płynnie. Ja tymczasem wyciągnąłem ręce i chwyciwszy ją za piersi, zacząłem się nimi bawić. Ściskałem je i ugniatałem, jakby były workami z piaskiem. 

– No i co ogierze, dobrze ci, dobrze? Pasuje ci moja cipka? Lubisz jak cię ujeżdżam? O tak, tak, wiem, że to lubisz. Uwielbiasz, jak cię ujeżdżam, prawda? – dyszała z szeroko otwartymi ustami, patrząc mi prosto w oczy. 

– Och Boże, ciociu, ciociu jesteś taka taka…  

– No jaka, jaka, Julian?

Była prawdziwą mistrzynią w tym, co robiła. Znała chyba wszystkie sekrety w tej dziedzinie. Doskonale wiedziała, jak się poruszać na moim penisie. Ona tańczyła. Jej biodra nie tylko poruszały się w górę lub w dół, ale też wykonywały ruchy do przodu i do tyłu. Chwilami miałem wrażenie, że wykonuje w powietrzu elipsę. Jego wielkość i kształt były znane tylko jej i tylko ona wiedziała, kiedy zmienić tempo, czy kierunek. Były chwile, że jej biodra kołysały się także w prawo i w lewo. Wszystko to razem dawało niesłychanie skomplikowany, gorący i słodki bukiet doznań. Czułem, jak ciśnienie nasienia rozsadza mni jądra. Czułem wszechogarniającą, odbierającą władzę, rozkosz. Krok po kroku zatracałem się w tym wszystkim.

– Spokojnie Julian, spokojnie. Rozluźnij się, jeszcze trochę się pobawimy, – powiedziała, czując, że za sekundę cię spuszczę.

2025-02-19

Ostatnie wakacje.

444. Dzikość prymitywnych małpoludów


Obydwoje tego bardzo pragnęliśmy. Świadczyły o tym nasze wykrzywione w ogromnym napięciu i podnieceniu twarze. Zagryzłem dolną wargę, przymknąłem powieki i, czując niesamowicie słodką rozkosz, zacząłem poruszać biodrami penetrując jej wnętrze. Wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości, przysiadłem nieco i, trzymając ją mocno za ręce, posuwałem jej cipkę w gorącym słońcu lipcowego przedpołudnia. Sapałem przy tym niesamowicie, a ona jęczała, czując, jak mój wielki, twardy kutas przedziera się przez jej podniecone wnętrze. 

Byłem tylko samcem, myślałem kutasem, a ona była taka piękna taka ponętna. Jej wielkie piersi, szerokie biodra i obfite uda wywoływały z moim mózgu burzę pożądań, której nie dało się zaspokoić w inny sposób. 

– Och kurwa, Julian, co ty tam masz! – krzyknęła na całe gardło, a w jej głosie było przerażenie i zachwyt jednocześnie, – Twój chuj zaraz rozerwie mi pizdę!

– Pompkę, kurwa, pompkę, – syknąłem przez zaciśnięte zęby, – zaraz cię napompuję jak piłkę!

Wyszło ze mnie dzikie zwierzę. Miałem niezwykłą satysfakcję, że teraz to ja mam nad nią kontrolę. Ugięła kolana i jeszcze bardziej osunęła się do dołu. Jeszcze mocniej wypięła swoją wielką dupę, ale złączyła uda, przez co jej cipka była jeszcze ciaśniejsza, jeszcze bardziej obłędna. Wciąż trzymałem ją za ramiona. Moje dłonie zaciskały się tuż pod jej pachami. Jej ręce opadły na moje napięte uda. Była kosmicznie ciasna i nie potrafiła się ruszyć. Posuwałem ją ostro szybkimi ruchami i wyrzucałem z siebie dziki, spazmatyczny śmiech. Czułem jakąś niezwykłą satysfakcję, ruchając ją pod gołym niebem na tej bezludnej wyspie. 

– I jak, dobrze, dobrze ci? Czujesz go? Czujesz, jak mój kutas wchodzi w twoją pizdę, – skrzeczałem jak stara kura. 

W następnej chwili, nie wyciągając swojego kutasa, położyłem dłoń na jej karku i odwróciłem ją w stronę tego wielkiego kamienia, na którym przed chwilą stała. Nacisnąłem tak mocno na jej szyję, że cyckami dotknęła do rozgrzanego głazu. Kiedy jej twarde sutki ocierały się o chropowaty granit, mój fiut wdzierał się w nią bezpardonowo. Jej wielkie pośladki rozwierały się i zaciskały, doprowadzając mnie do szaleństwa. 

Po chwili podpierając się na głazie, uklękła na miękkim piasku. Pochyliłem się jeszcze mocniej, przykucnąłem i poruszałem biodrami coraz szybciej. 

– Ty zboczony fajfusie! O tak, tak, ruchaj mnie mocno, ruchaj! – jęczała, uginając się pod moim naporem.

– No i co czujesz, jaki jest wielki? Dalej chcesz się ze mną tak bawić, ciociu?

– Julian, chłopaku, ależ ty masz potencję! Zwariuję przez ciebie! Ten twój fiut jest boski! Ruchaj mnie! Och tak, ruchaj mnie mocno! Moja pizda potrzebuje twojego kutasa! - jęczała coraz głośniej, a mój zaganiacz pęczniał i twardniał coraz bardziej. 

Mimo to niezwykła energia, którą posiadałem, nie pozwalała mi się zatrzymać. Wchodziłem w nią jak w masło, wychodziłem z głośnymi mlaśnięciami i znów się wydzierałem. Czułem, że gigantyczny, niebiańsko słodki, orgazm zbliża się wielkimi krokami. Czułem, że coraz mniej nad tym już panuję. Nie chciałem tego przerywać. Chciałem doprowadzić do do końca, spuścić się prosto w jej cipkę – teraz tutaj.

Ta wyspa miała jakąś magiczną niezwykłą moc. Sprawiała, że czuliśmy się jak ludzie pierwotni. Wychodziła z nas dzikość prymitywnych małpoludów, których jedynym celem jest przetrwanie, przedłużenie ratunku, reprodukcja. Wszystko, co znajdowało się wokół, mogło służyć jako niezwykłe akcesoria erotyczne. Nawet ten wielki, płaski, chropowaty głaz wydawał się odpowiedni. Dlatego też, choć drapał skórę, ległem na nim na plecach, a ona mnie dosiadła. 

2025-02-18

Ostatnie wakacje.,

443. Sprawiłem, że wyła z rozkoszy.


Ciocia była prawdziwą mistrzynią w tej dziedzinie, uwodzicielką, która nie miała sobie równych. Po mistrzowsku, niczym w tańcu, robiąc płynny półobrót, za moich pleców wyszła wprost przed moją klatkę piersiową i przywarła do niej łopatkami. Oczywiście moja wielka fujara, jak w to w takich bajkach bywa, wylądowała na jej kręgosłupie. Pośladkami rozgniatała moje jaja i, jakby tego jeszcze mało, zaczęła wiercić nimi na wszystkie strony, przyprawiając mnie o totalnie zawroty głowy i dreszcze na całych plecach. 

Było w tym coś magicznego. Nastrój tej wyspy, odizolowanie od reszty świata, dzika przyroda niezmącona cywilizacją, wszystko to sprawiało, że nawet seks wyglądał tutaj zupełnie inaczej. Wystarczyła tylko malutka iskra, abym eksplodował. Jednak mimo to nie potrzebowałem nic więcej. Wystarczyła tylko ta chwila, to, co już teraz zaistniało, abym był w stu procentach szczęśliwy.

Dzikość z jaką powaliła mnie na ziemię, przeraziła mnie, a jednocześnie sprawiła, że byłem totalnie sparaliżowany. Nie umiałem i nie chciałem zaprotestować w najmniejszy chociażby sposób. Znów czułem się tak cudownie przez nią zdominowany. Mimo że była kobietą, słabą płcią, a ja wysportowanym, młodym mężczyzną, bez najmniejszego problemu rzuciła mnie jak zawodowa zapaśniczka na miękki, ciepły piasek i jeszcze szybciej usiadła mokrą, gorącą cipką na mojej twarzy. Nie umiałem wyrazić zachwytu, ale też i oszołomienia tym, co się stało. Nieopisane szczęście przenikało każdą komórkę mojego ciała. 

To nie było delikatne klapnięcie muszelką na moje usta, o nie. Była zbyt podniecona, zbyt spragniona pieszczot i orgazmu, by bawić się w takie szczegóły. Opadła na moją buzię całym swoim ciężarem, a jej obfite uda zacisnęły się wokół mojej głowy jak wąż boa. Nic nie słyszałem, czułem tylko zapach jej podnieconej, mokrej pizdeczki. Czułem smak płynących soków i, łapiąc ostatni oddech, rzuciłem się językiem na jej sztywną, wystającą łechtaczkę. 

– Liż mnie, liż mnie, kurwa, Julian, bo zwariuję! Och, liż mocno! Och, tak, tak! – wyrzucała z siebie, jak szalona. 

Chwyciłem ją za uda, zamknąłem oczy i skupiłem się całkowicie na swoim zadaniu. Choć było mi niewygodnie, choć się dusiłem, wiedziałem, że muszę, po prostu muszę dać z ciebie wszystko. Choćbym miał tutaj skonać. Pracowałem najwytrwalej, jak tylko mogłem, a ona w błyskawicznym tempie dochodziła do orgazmu. Drżała i trzęsła się na całym ciele. Czułem, jak jej pośladki dygoczą na wszystkie strony, jak dociskają do mojej twarzy jeszcze mocniej. 

W pewnym momencie zamarła, jakby w połowie drogi. Jej oddech zastygł w tym letnim powietrzu. Po długiej chwili jej biodra, a także i cipka na mojej twarzy, zaczęła kurczyć się w szybkich, gwałtownych, niekontrolowanych skurczach, a z jej gardła wydobył się długi nieartykułowany, przeciągły jęk. Później głębokie westchnienie. Udało się! Zrobiłem, co do mnie należało. Sprawiłem, że wyła z rozkoszy. Czułem się taki dowartościowany.

Jak się okazało w następnej chwili, ja też nie byłem niewiniątkiem. Nie byłem grzecznym chłopczykiem, niedoświadczonym dwudziestolatkiem, który zaczynał odkrywać swoje potrzeby seksualne. Może jeszcze kilka dni temu, może jeszcze wczoraj, ale nie dziś, nie tutaj, nie na tej wyspie. Nie mogłem uwierzyć, jak sam się zmieniam, jak staję się zupełnie innym człowiekiem, dojrzałym, pewnym siebie i swojej seksualności, mężczyzną, dorodnym samcem, którego pragną kobiety. 


Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...