452. Chodźmy popływać.
Siedzieliśmy na piasku, gdy ciocia nagle spojrzała na mnie z takim ciepłym uśmiechem, że przez całe moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Jej spojrzenie zawsze miało w sobie coś uspokajającego, ale tym razem było w nim coś więcej — jakby odgoniła wszystkie troski burzy, która niedawno przetoczyła się nad nami. Jej spojrzenie zapowiadało coś nowego, innego, jakąś kolejną cudowną przygodę.
– Och, Julian, chrzanić to – powiedziała z beztroskim śmiechem. – Przestańmy się martwić tym, co będzie, i cieszmy się chwilą. Przeżyliśmy przecież prawdziwą burzę na plaży, bez żadnej ochrony. Chyba jesteśmy jakimiś wybrańcami!
Zaśmiałem się, równie zachwycony jej podejściem. Miałem poczucie, że rzeczywiście jesteśmy niepokonani. Tak jakbyśmy mogli zrobić tutaj wszystko, bez obawy o jakąkolwiek krytykę.
– Och, ciociu, masz rację! – zawołałem równie szczęśliwy.
Nagle w jej oczach pojawił się błysk dziecięcej radości. Wiedziałem, że ma kolejny pomysł na spędzenie, nie tylko kilkudziesięciu minut, a następnych kilku godzin na tej cudownej wyspie.
– Wiesz co? Chodźmy popływać. Tu jest tak pięknie, a woda na pewno jest ciepła. Szkoda byłoby to zmarnować!
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę brzegu. Piasek parzył stopy, ale nie miało to znaczenia. Byliśmy dostatecznie nagrzani od słońca, by nie bać się wskoczyć w chłodną toń jeziora. Nadzy jak Adam i Ewa w raju pobiegliśmy w stronę brzegu.
Woda oblała nas jak chłodny całun, ale po chwili nasze ciała przyzwyczaiły się do temperatury. Pływaliśmy wzdłuż linii brzegowej, zapominając o wszystkim – nie myśląc o tym, co było, ani o tym, co będzie. Liczyła się tylko ta chwila. Nasz śmiech i odgłos rozbryzgującej się wody niosły się echem po całej plaży. Byliśmy szczęśliwi jak małe dzieci.
– Och, Julian! – zawołała ciocia, wystawiając głowę ponad powierzchnię. – Tutaj jest tak wspaniale! Dzika plaża i tylko my we dwoje!
– Masz rację, ciociu! To naprawdę niezwykłe miejsce! – odpowiedziałem, czując, jak mój sztywny kutas pracuje niczym kill sportowego jachtu.
Chwilę później stanęliśmy naprzeciw siebie na płyciźnie. Grząski piasek powoli pochłaniał nasze stopy, a woda sięgała nam do kolan. Oboje ociekaliśmy wodą, z włosami przyklejonymi do twarzy. Patrzyłem na ciocię z wdzięcznością, której nie potrafiłem wyrazić słowami, ale też rosnącym podnieceniem.
Była nie tylko gospodynią, która przyjęła mnie pod swój dach, ale i rewelacyjną nauczycielką oraz przyjaciółką. Przy niej czułem się dobrze – swobodnie, bezpiecznie, jakbym w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi. Wiedziałem, że to, czego mnie nauczyła zostanie ze mną na całe życie. I nie chodziło tylko o seks, który przecież był rewelacyjny, a raczej o całokształt tego kim była I co sobą reprezentowała.
Bez wstydu i zażenowania patrzyłem na jej wielkie wielkie, baroniaste piersi z chropowatymi brodawkami i sztywnymi grubymi sutkami, na szerokie biodra, krągłe, duże pośladki, jędrne uda oraz nabrzmiałą, soczystą cipeczkę. Chłonąłem ten moment, wiedząc, że zostanie we mnie na zawsze, jak zapach jeziora i smak lata, które nigdy nie przemijają. Ona była moją uwodzicielką i najcudowniejszą kochanką.
Kiedy uklękła przede mną w tej płytkiej wodzie i uniosła swoje duże ciemne oczy, kiedy spojrzała wprost na moją twarz tak wymownie, że nie dało się tego zinterpretować opatrznie, wiedziałem, że znów się zaczyna. Przez długą chwilę milczała z lekko uchylonymi ustami. Jej oddech szybki, nerwowy, niemal czułem, jak bije jej serce, a później zacisnęła do dłoń na moim podnieconym, sztywnym przyrodzeniu i powiedziała:
– Julian, chłopaku, co ty ze mną robisz? Przestań. Proszę, przestań tak na mnie działać. Przestań, bo zwariuję przez ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz