436. Nazwał mnie Ewą.
Wyciągnęła zawinięte w folię ciasto marchewkowe z orzechami, które sama upiekła rano. Pachniało cynamonem i wyglądało obłędnie.
Do picia mieliśmy zapas chłodnej lemoniady w szklanych butelkach oraz wodę z plasterkami cytryny i listkami mięty, które ciocia przygotowała w domu. Wszystko było lekkie, świeże, i – co najważniejsze – idealne na gorący, letni dzień.
Nie było alkoholu, co mnie wcale nie zdziwiło. Ciocia zawsze była odpowiedzialna, a jako sternik wolała nie ryzykować. Zresztą napoje, które miała, były wystarczająco dobre, żeby zapomnieć o czymkolwiek innym.
Jedliśmy, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Ciocia opowiadała mi historie o swoich poprzednich wyprawach na wyspę, a ja słuchałem z uwagą, zajadając się sałatką owocową. Czasem po prostu milczeliśmy, słuchając odgłosów natury – cichego szumu wody, śpiewu ptaków i delikatnego szelestu liści na wietrze.
Jedliśmy, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Ciocia opowiadała mi historie o swoich poprzednich wyprawach na wyspę, a ja słuchałem z uwagą, zajadając się sałatką owocową. Czasem po prostu milczeliśmy, słuchając odgłosów natury – cichego szumu wody, śpiewu ptaków i delikatnego szelestu liści na wietrze. W pewnym momencie ciocia spojrzała w dal, jakby coś przypomniało jej dawne czasy.
– Wiesz, Julian – zaczęła, a w jej głosie zabrzmiała nuta nostalgii – gdy byłam w twoim wieku, przeżyłam tutaj coś, co chyba na zawsze zmieniło moje życie.
Zaciekawiony, odstawiłem widelec i skupiłem się na jej słowach.
– Miałam wtedy dziewiętnaście lat – zaczęła opowieść. – Wybrałam się z moją mamą na jezioro łódką motorową. Był piękny, słoneczny dzień, ale jak to na jeziorze bywa, pogoda zmieniła się nagle. Burza przyszła znikąd – wiatr zerwał się tak gwałtownie, że zanim zdążyłyśmy cokolwiek zrobić, łódź została wywrócona.
Zamarłem, słuchając jej słów. Wyobraziłem sobie młodą ciocię Antoninę walczącą z żywiołem, pośród wzburzonych fal i ciemniejącego nieba.
– Ratownicy szybko znaleźli mamę – kontynuowała – ale mnie uznano za zaginioną. Byli przekonani, że utonęłam. Tymczasem ja, chwyciwszy się jakiegoś drewnianego elementu, dopłynęłam wpław do najbliższej wyspy.
– Do tej wyspy? – przerwałem, nie mogąc powstrzymać się od pytania.
– Nie – odpowiedziała z uśmiechem. – Tamta była znacznie mniejsza, ale równie piękna. Pamiętam, jak wdrapałam się na brzeg, mokra, zziębnięta, ale… nie przerażona. Wręcz przeciwnie. To, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach.
Jej głos stał się miękki, jakby wracała wspomnieniami do tamtej chwili.
– Słońce właśnie zachodziło. Cała wyspa była otoczona dzikim bzem, który kwitł jak szalony. Pachniało tak intensywnie, że przez chwilę zapomniałam o wszystkim. Przysięgłabym, że to było jak scena z baśni.
Ciocia zamilkła na chwilę, jakby chciała dać sobie czas na przypomnienie każdego szczegółu.
– Próbowałam coś wymyślić, żeby powiadomić mamę, ale do brzegu było za daleko, a ja nie miałam nic, czym mogłabym zwrócić uwagę ratowników. Wtedy zobaczyłam łódź.
W tym momencie jej oczy rozbłysły, jakby opowiadała o czymś naprawdę niezwykłym.
– To był pan Czesław – powiedziała, a w jej głosie dało się wyczuć ciepło. – Wysiadł z łódki i szedł prosto w moją stronę. Byłam tylko w stroju kąpielowym, bo ubranie suszyło się na pobliskim krzewie. On mnie zobaczył i… był oczarowany.
– Naprawdę? – zapytałem z lekkim uśmiechem, próbując wyobrazić sobie tę scenę.
– Tak. Był młody, przystojny, miał w sobie coś niezwykłego. Pisał wiersze, wyobraź sobie! Powiedział, że nazwał mnie Ewą, bo jestem pierwszą kobietą, jaką kiedykolwiek zobaczył na tej wyspie.
Ciocia zaśmiała się cicho, a ja poczułem, jak ta historia mnie wciąga. Było w niej coś magicznego, coś, co przypominało mi, jak bardzo niezwykłym miejscem może być ten świat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz