Szukaj na tym blogu

23 lutego 2025

Ostatnie wakacje.

448. Otoczeni szalejącym żywiołem.


Obydwoje byliśmy kompletnie nadzy. Do tej pory ani przez chwilę nie pomyśleliśmy o tym, aby się ubrać. Inne rzeczy były dużo ważniejsze. Mimo to nie umknęło mojej uwadze, że mój kutas wciąż sterczy jak głupi. Był wielki żylasty i gruby i nie zamierzał się poddać. Poza tym moje podniecenie wzmagało się za każdym razem, gdy patrzyłem na wielkie cycki cioci, huśtające się w rytm jej kroków na wszystkie strony. Pomimo tego, co się działo, nie mogłem przestać myśleć o tym, co robiliśmy jeszcze przed kilkunastoma minutami.

Nagle kątem oka dostrzegłem coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Nad wzburzoną taflą jeziora sunęła ściana deszczu, gęsta i nieprzenikniona, jakby zbliżał się szklany mur rozbijający się o powierzchnię wody. Wiatr szarpał koronami drzew, a piasek zaczął wirować wokół nas.

– Musimy się pospieszyć! – krzyknęła ciocia, a ja, patrząc na jej szerokie biodra i wydepilowaną cipkę, szarpnąłem się w nagłym, niekontrolowanym skurczu.

Trąciła mnie łokciem w bok, wyrywając z zamyślenia. Błyskawicznie zaczęliśmy zbierać porozrzucane rzeczy – moje ubrania, jej tunikę, koszyk piknikowy, w którym zostały resztki jedzenia. Chleb był już mokry od pierwszych kropli deszczu, a owoce turlały się po piasku.

– Złap to! – podałem cioci koszyk, sam chwytając resztę rzeczy pod pachę.

Rozejrzeliśmy się gorączkowo, ale nigdzie nie było widać żadnego schronienia. Tylko dzika plaża, niewielkie krzewy i daleki las, który teraz wydawał się nieosiągalny.

– Gdzie się schronimy? – zapytałem z napięciem w głosie.

– Nie mam pojęcia, – przyznała ciocia.

Wiatr smagał nas bezlitośnie, a krople deszczu zamieniały się w lodowate igły. Mieliśmy zaledwie chwilę, zanim burza całkowicie nas pochłonie. 

Burza uderzyła z niesamowitą siłą, jakby nagle otworzyły się niebiosa, a cały gniew nieba runął wprost na nas. Niebo zgasło, przesłonięte ciężkimi, granatowymi chmurami, które przetaczały się nad jeziorem jak olbrzymie fale. Wiatr świszczał wokół nas, wyjąc niczym dzikie zwierzę, szarpiąc nasze włosy i ubrania.

Deszcz nie padał – on uderzał, smagał nas bez litości lodowatymi strumieniami wody. Krople wbijały się w skórę jak igły, pozostawiając piekące ślady. Ciocia w jednej chwili przylgnęła do mnie, obejmując mnie ramionami. Ja objąłem ją z całych sił, jakbym mógł w ten sposób ochronić nas przed tym szaleństwem.

Woda lała się z nieba tak gęsto, że ledwo widziałem na kilka kroków przed sobą. Cały świat wokół nas zniknął w kłębach deszczu, a tylko przeraźliwe grzmoty, potężne i suche, odbijały się echem od ściany lasu. Powietrze wibrowało od elektryczności, a każdy błysk rozświetlał jezioro na ułamek sekundy, ukazując wzburzone fale, które biły o brzeg z hukiem.

Ciocia drżała, a jej oddech był szybki i nierówny. Poczułem, jak jej palce zaciskają się na moich ramionach.

– Julian… – powiedziała drżącym głosem. – Niech to się skończy

– Skończy się, ciociu. Musi się skończyć, – odpowiedziałem, choć sam ledwo wierzyłem w swoje słowa.

Czuliśmy, jak nasze ciała wibrują od zimna i strachu. Każdy kolejny grzmot zdawał się rozrywać powietrze na strzępy, jakby świat wokół nas miał zaraz pęknąć. Wiatr wbijał nas w ziemię, a ja przyciskałem ciocię do siebie, próbując osłonić ją przed żywiołem, choć wiedziałem, że to na nic.

Nie było dokąd uciekać. Nie było żadnego schronienia. Byliśmy tylko my, wtuleni w siebie, otoczeni szalejącym żywiołem. Moje myśli krążyły wokół jednej prośby: Niech to się skończy. Proszę, niech to się już skończy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...