434. Wyspa
Kiedy formalności były załatwione, skierowaliśmy się do wybranej łodzi. Była to niewielka, biała motorówka, lekko zużyta, ale solidna. Załadunek poszedł sprawnie – koszyk piknikowy z jedzeniem, dmuchane materace, koc i inne drobiazgi, które udało się zmieścić w rowerowych koszykach, szybko znalazły swoje miejsce na pokładzie.
– Julian, podaj mi ten materac. Nie będziemy przecież wszystkiego trzymać na siedzeniach – rzuciła ciocia, ustawiając rzeczy z wprawą kogoś, kto robił to już wiele razy.
Patrzyłem na nią z podziwem. Wszystko miała pod kontrolą – zarówno przygotowania, jak i nasz czas. Kiedy wszystko było gotowe, spojrzała na mnie z uśmiechem.
– Gotowy na przygodę? – zapytała, wsiadając do łodzi i chwytając za ster.
– Zawsze – odpowiedziałem, czując przyjemny dreszcz oczekiwania.
Silnik łodzi zamruczał cicho, gdy ruszyliśmy w stronę otwartego jeziora. Z przystani machnąłem jeszcze ręką panu Czesławowi, który stał w drzwiach swojego biura, odprowadzając nas wzrokiem.
Gdy oddalaliśmy się od brzegu, czułem, jak powoli ogarnia mnie ekscytacja. Woda pod łodzią lśniła w słońcu, a lekki wiatr muskał moją twarz, niosąc ze sobą świeży zapach jeziora. Ciocia pewnie prowadziła łódź, od czasu do czasu rzucając mi krótkie spojrzenia. Wydawało się, że była równie zadowolona jak ja.
Po chwili spojrzałem na nią z lekkim zmieszaniem. – Ciociu, dlaczego pan Czesław mówił do ciebie „Ewo”? Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś cię tak nazywał.
Ciocia uśmiechnęła się tajemniczo, jakby czekała na to pytanie. – To długa historia – zaczęła, a ja zauważyłem, jak jej spojrzenie na chwilę błądzi gdzieś daleko, poza linią horyzontu. – Poznałam Czesława wiele lat temu. Byłam wtedy trochę młodsza od ciebie. Spotkaliśmy się po raz pierwszy właśnie na jednej z tych wysepek. Spacerowałam sama między krzewami dzikiego bzu, a on akurat tam był. Powiedział, że jestem pierwszą kobietą, jaką widział na tej wyspie, i dlatego nazwał mnie Ewą.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. – To brzmi bardzo romantycznie – zauważyłem. Miałem wrażenie, że za tą historią kryje się coś więcej, może jakaś dawno miniona przygoda albo nieodwzajemnione uczucie, ale w tej chwili nie chciałem drążyć tematu.
Odwróciłem wzrok w stronę jeziora. Brzeg, od którego wyruszyliśmy, zniknął już na horyzoncie, a przed nami widać było wyspę. Im bardziej się do niej zbliżaliśmy, tym wyraźniejsze stawały się jej szczegóły. Z początku wydawała się niewielką plamką zieleni na tle wody, ale z każdym metrem rosła, aż w końcu można było dostrzec szeroką, białą plażę, otoczoną pasem bujnych krzewów i drzew.
– Wyspa wygląda na większą, niż się spodziewałem – powiedziałem, wskazując na brzegi porośnięte drzewami.
Ciocia spojrzała w tamtą stronę i skinęła głową.
– To jedno z moich ulubionych miejsc. Zobaczysz, nie ma tu żywego ducha. Będziemy zupełnie sami.
Łódź sunęła spokojnie wzdłuż brzegu, a ja chłonąłem każdy szczegół. Krzewy i drzewa rosły gęsto, a między nimi wyróżniały się powykręcane sosny, których kształty przypominały jakieś fantazyjne rzeźby. Czułem się, jakbym płynął na jakąś egzotyczną, nieodkrytą wyspę.
– To miejsce jest niesamowite – powiedziałem, wstając lekko, żeby lepiej widzieć. – Naprawdę mi się tu podoba. Czuję się jak pirat, który właśnie odkrywa nowy ląd.
Ciocia roześmiała się, ale nie odpowiedziała. Skupiła się na sterowaniu łodzią, a ja pozwoliłem sobie na chwilę, by wyobrazić sobie, że naprawdę jestem piratem, który za chwilę dokuje na swojej tajemniczej wyspie. Brzeg stawał się coraz bliższy, a moje serce biło szybciej na myśl o tym, co nas tam czeka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz