Szukaj na tym blogu

22 lutego 2025

Ostatnie wakacje.

447. Nie czas na panikę


Później, brudni, nadzy, lecz zaspokojeni, tarzaliśmy się z ciocią w płytkiej, ciepłej wodzie przy samym brzegu. Śmiech odbijał się echem od drzew, a ja czułem się lekki i beztroski, jakbym na chwilę zapomniał o całym świecie. To, co się stało przed chwilą między nami, było naprawdę wyjątkowe i miałem nadzieję jeszcze to powtórzyć. Teraz czułem, że relacje między nami jeszcze bardziej się zacieśniły. Trzymałem ją mocno za ramiona, a ona wyrywała się z udawaną determinacją.

– Puść, Julian! Ależ ty jesteś silny! Nie wytrzymam z tobą! Czy chcesz mnie jeszcze raz wyruchać? – krzyczała przez śmiech.

– Och, ciociu, pewnie że tak! Chcę wsadzić mojego kutasa też w twoją dupę! Dałaś mi tyle szczęścia i satysfakcji, że nabrałem ochoty na więcej! — odpowiedziałem, choć trochę zdyszany, lecz czułem, że szybko dochodzę do siebie.

Woda chłodziła nasze jeszcze tak bardzo rozgrzane ciała, a fale łagodnie obmywały piasek wokół nas. Ciocia już prawie nie miała mojej spermy na ustach. Nagle stało się coś, w co jeszcze przed chwilą bym nie uwierzył. Powietrze nad wyspą rozdarł potężny, suchy grzmot. Na chwilę straciłem słuch. Zamarłem, a ciocia momentalnie przestała się śmiać. Spojrzałem na nią — miała szeroko otwarte oczy, a na twarzy malowało się zdumienie. Jej wielkie, baloniaste cycki falowały w rytm szybkiego oddechu.

Echo grzmotu niosło się nad wyspą, odbijając się od ściany lasu jak złowieszczy dźwięk przypomnienia o potędze natury. Nie wiedzieliśmy, co się stało. Serce biło mi jak oszalałe, a w moich uszach dźwięczała cisza, która zapadła po tym nagłym huku.

– O kurwa, co to było?! — zawołała ciocia.

Choć bardzo się starałem, nie potrafiłem odpowiedzieć. Kolejny grzmot, tym razem bardziej odległy, przeciął powietrze. Niebo w szybkim tempie zaczęło się zmieniać — ciemniało, jakby ktoś rozlewał na nim atrament. 

Odwróciłem się w stronę jeziora. To nie wyglądało zbyt dobrze. Nasze rzeczy leżały porzucone na piasku po drugiej stronie, a łódka kołysała się delikatnie przy zmurszałym palu, do którego ją przywiązaliśmy.

– Myślisz, że dobrze ją przymocowaliśmy? – zapytała ciocia z niepokojem w głosie.

Przełknąłem ślinę.

– Nie wiem… wydaje mi się że tak.

Spojrzałem na drugą stronę jeziora. Brzeg wydawał się teraz przerażająco daleko. Woda, która jeszcze przed chwilą wydawała się naszym sprzymierzeńcem, teraz jawiła się jako coś groźnego i nieprzewidywalnego.

– Chyba mamy poważne kłopoty – powiedziałem cicho, czując, jak adrenalina ściska mi gardło.

Ciocia skinęła głową, biorąc głęboki oddech.

– Chłopcze, to nie czas na panikę. Musimy coś wymyślić i to szybko, – powiedziała z pozornym spokojem, choć ja widziałem, że była równie przerażona jak ja.

Serce waliło mi jak oszalałe, ale musiałem się opanować. Ciocia zerknęła na mnie, a w jej oczach dostrzegłem to samo, co czułem – strach, ale też determinację. Ruszyliśmy jednocześnie w stronę łódki, rozbryzgując wodę na wszystkie strony.

– Sprawdź węzeł! – rzuciła, a jej głos ledwo przebił się przez pierwsze podmuchy wiatru.

Nachyliłem się nad zmurszałym palem, do którego przywiązaliśmy linę. Uchyliłem powiekę od kropli, które zaczynały już padać. Lina była napięta jak struna, ale trzymała.

– Jest dobrze! – zawołałem.

– Na wszelki wypadek wyciągnijmy ją na brzeg! — zdecydowała ciocia, chwytając burtę z jednej strony.

Z całych sił pchaliśmy łódź ku piaszczystemu brzegowi, aż jej dno z chrzęstem ugrzęzło w mokrym piasku.

– Powinna tu być bezpieczna, – sapnęła ciocia, ocierając dłonią pot z czoła.

– Lepiej dmuchać na zimne, – przytaknąłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...