Szukaj na tym blogu

10 lutego 2025

Ostatnie wakacje.

435. Kolejne smakołyki


Wyskoczyliśmy z łódki prosto w płytką wodę. Nie przejmowaliśmy się tym, że zmoczyliśmy stopy – przecież było lato, a buty mieliśmy lekkie, idealne na takie okazje. Wspólnymi siłami, trochę sapiąc z wysiłku, wyciągnęliśmy łódź na brzeg. Ciocia, jak zawsze, była bardzo precyzyjna, instruując mnie, by asekurować jej ruchy. W końcu przywiązaliśmy łódź do starego, pokrytego mchem pala, który ktoś kiedyś wbił w ziemię dokładnie w tym celu.

Rozglądałem się dookoła z zaciekawieniem, nie mogąc oderwać wzroku od tej niezwykłej wyspy. Wydawało mi się, że wszystko tutaj – drzewa, krzewy, nawet plaża – kryje jakąś tajemnicę. Okręcając linkę wokół pala, poczułem coś dziwnego. To było wrażenie trudne do opisania, coś pomiędzy ekscytacją a lekkim niepokojem. Jakby wyspa obserwowała mnie tak samo, jak ja obserwowałem ją. Ale odrzuciłem tę myśl – to przecież przygoda, nie czas na rozmyślania o takich głupstwach.

Ciocia, ledwo znalazła się na brzegu, od razu zabrała się do rozkładania rzeczy. Wyciągnęła koszyk piknikowy, materace i wszystko, co zapakowaliśmy wcześniej do rowerowych koszyków. Jakby na zamówienie, tuż na skraju zarośli rosło ogromne drzewo, którego cień dawał idealne schronienie przed słońcem. 

– Julian, nigdzie się nie oddalaj, bo jedzenie zaraz będzie gotowe! – rzuciła w moją stronę, nie odrywając się od układania jedzenia i napojów na kocu.

– Tak, tak, ciociu, oczywiście! – odpowiedziałem od niechcenia, brodząc po kostki w wodzie. 

Myślami byłem gdzie indziej, wciąż zastanawiając się nad tym dziwnym uczuciem, które pojawiło się chwilę wcześniej.

Nagle przypomniałem sobie o aparacie. Przecież zabraliśmy ze sobą moją ukochaną lustrzankę – solidną, cyfrową, z dużym obiektywem. Planowałem zrobić tu mnóstwo zdjęć, a jednym z moich celów było uchwycenie cioci w obiektywie. Nie mówiłem jej tego wprost, ale uważałem, że jest bardzo fotogeniczna. Właściwie to sam nalegałem, żeby pozwoliła mi zrobić kilka ujęć.

– Ciociu, będziesz moją modelką! – zawołałem, podbiegając w jej stronę z aparatem w dłoni.

– Modelką? – zaśmiała się, podnosząc na mnie wzrok znad piknikowego kosza. – No dobrze, ale najpierw coś zjedzmy, a potem możesz robić ze mną, co tylko chcesz.

Poczułem ekscytację. Ta wyspa była idealnym miejscem, żeby robić zdjęcia – tajemnicza, piękna, odcięta od świata. A ciocia, w swoim lekkim, letnim stroju, pasowała tu idealnie. Już wyobrażałem sobie, jak uchwycić ją w promieniach słońca, na tle bujnej zieleni i błękitu wody. Tylko my, aparat i nieskończone możliwości.

Rozłożyliśmy duży, kolorowy koc na miękkim piasku w cieniu ogromnego drzewa. To miejsce było idealne – zaciszne, z widokiem na spokojną taflę jeziora, która lśniła w słońcu jak lustro. W powietrzu unosił się delikatny zapach zarośli i wody. Wyspa była kompletnie pusta, tak jak zapowiadała ciocia, co nadawało naszej przygodzie jeszcze większego uroku.

Z koszyka ciocia wyciągała kolejne smakołyki, a ja, siedząc po turecku na kocu, z zainteresowaniem przyglądałem się temu, co zapakowała. Były świeże kanapki – jedne z szynką i serem, inne z pastą jajeczną i chrupiącymi liśćmi sałaty. W małych plastikowych pojemnikach znajdowały się kolorowe sałatki: jedna grecka z kawałkami sera feta, oliwkami i pomidorami, a druga owocowa, pełna soczystych kawałków arbuza, melona i winogron.

– Wiem, że lubisz owoce – powiedziała z uśmiechem, podając mi miseczkę z sałatką owocową. – A na deser mam coś specjalnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...