433. Nie wypływajcie za daleko.
Ciocia roześmiała się głośno i wskazała ręką w stronę jednej z wypożyczalni. Była ubrana w zwiewną, półprzezroczystą sukienkę, idealną na to ciepłe przedpołudnie, a jej pewny krok i żartobliwy ton sprawiały, że od razu czułem się swobodniej. Ja z kolei, w mojej hawajskiej koszuli i krótkich spodenkach w kwiaty, wyglądałem ja nak żywcem wyjęty z tropikalnego kurortu, co – muszę przyznać – idealnie pasowało do atmosfery tego miejsca.
Zeszliśmy z rowerów i oparliśmy je o drewnianą barierkę, niedaleko wypożyczalni. Kilka osób odwróciło głowy, przyglądając się nam z ciekawością, ale szybko wrócili do swoich zajęć. Na molo wciąż spacerowały rodziny z dziećmi, a z daleka słychać było głosy chłopaków rozmawiających o czymś z ożywieniem.
– No dobra, młody, chodźmy po tę łódź – powiedziała ciocia, chwytając klucz w dłoń i ruszając w stronę wypożyczalni.
– Mam nadzieję, że znajdziemy coś, co nie wygląda jak staruszek na emeryturze – zażartowałem, na co ciocia rzuciła mi krótkie spojrzenie z udawaną surowością.
– Jak będziesz narzekać, to popłyniesz wpław – odcięła się, a ja tylko się roześmiałem.
Szliśmy razem w stronę niewielkiego budynku wypożyczalni, wymieniając jeszcze kilka żartów i luźnych uwag. Było coś niezwykle przyjemnego w tej swobodzie i lekkości rozmów z nią – jakbyśmy oboje na chwilę zapomnieli o całym świecie i liczył się tylko ten moment. Ciocia, ze swoim niewymuszonym humorem i pogodą ducha, zawsze potrafiła poprawić mi nastrój. Wiedziałem, że ten dzień zapowiada się wspaniale.
Podszedłem za ciocią do niewielkiego drewnianego budynku, który służył jako biuro wypożyczalni. W środku było ciasno, ale przytulnie – w powietrzu unosił się zapach starego drewna i odrobiny oleju silnikowego. Za ladą stał starszy mężczyzna, którego ciocia powitała ciepłym uśmiechem.
– Dzień dobry, panie Czesławie! – rzuciła wesoło, a on uniósł głowę, odwzajemniając uśmiech.
– A, witaj, Ewo! Dawno cię tu nie widziałem – odpowiedział głębokim, lekko chropowatym głosem.
Pan Czesław miał siwe włosy, trzydniowy zarost i zmęczone, szare oczy, ale jego serdeczny uśmiech od razu zyskał moją sympatię. Kiedy spojrzał na mnie, zmierzył mnie wzrokiem i wyciągnął rękę.
– To twój siostrzeniec, co? Ale wyrosłeś, chłopie! Kiedy ja cię ostatni raz widziałem, ledwo mi do pasa sięgałeś! – powiedział, a jego uścisk dłoni był mocny, mimo widocznego wieku.
– Miło pana poznać, panie Czesławie – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, trochę speszony jego komplementem.
– No, Ewo, możesz być dumna. Przystojny młody mężczyzna z niego wyrósł – dodał, zwracając się do cioci.
Ciocia zaśmiała się i zaczęła z nim rozmowę o pogodzie i zdrowiu. Okazało się, że pan Czesław ostatnio nie najlepiej się czuje i chodzi do lekarzy. Ciocia wyraźnie się o niego martwiła, co było widać po jej spojrzeniu i troskliwym tonie.
– Panie Czesławie, proszę na siebie uważać. Jak pan zniknie z tego miejsca, to już nie będzie to samo – powiedziała z lekkim wyrzutem.
– E, nie martw się, jeszcze was wszystkich przeżyję – odparł, machając ręką, ale w jego głosie czuć było zmęczenie.
W końcu przeszli do konkretów. Ciocia wyjaśniła, że chcemy wypożyczyć łódź motorową na kilka godzin. Pan Czesław zapisał coś w swoim zeszycie, po czym spojrzał na nas z pewną powagą.
– Tylko nie wypływajcie za daleko, dobrze? Po południu ma przejść burza z gradobiciem, a jezioro wtedy nie wygląda przyjaźnie – ostrzegł, wskazując palcem na horyzont.
Ciocia skinęła głową. – Spokojnie, panie Czesławie. Wypływamy tylko na trzy godzinki. Muszę jeszcze dzisiaj wyjechać, więc wrócimy na czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz