450. Kupiłam ci nowego iPhone’a.
Spojrzałem na nasze rzeczy porozrzucane po mokrym piasku. Wszystko było kompletnie przesiąknięte wodą, od ubrań po koszyk piknikowy. Nawet nasze smartfony nie przetrwały tego starcia z burzą. Wyłączyły się w trakcie nawałnicy i teraz wyglądały na martwe – zimne, mokre bryły plastiku i szkła, które raczej nie wrócą szybko do życia.
– Chyba będą potrzebować czegoś więcej niż słońca, żeby znowu działały – powiedziałem zrezygnowany, potrząsając swoim telefonem, z którego kapała woda.
Ciocia wzruszyła ramionami z rozbrajającym uśmiechem.
– Może to i lepiej. Czasem warto się odłączyć od świata. A tak przy okazji... miałam ci o tym wcześniej powiedzieć, ale wyleciało mi z głowy. Kupiłam ci nowego iPhone’a.
Zamurowało mnie. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem.
– Tak, ciociu? Naprawdę?
– No jasne. Z okazji twoich urodzin – odparła beztrosko. – Już wcześniej widziałam, że ten twój ledwo zipie. Poza tym szybkę masz pękniętą.
Zerknąłem na swój telefon. Faktycznie, pęknięcie szpeciło ekran.
– Ale to tylko drobna rysa... Ciociu, naprawdę nie trzeba było. To drogi prezent.
– Przyda ci się, Julian. Wkrótce idziesz na studia, a tam internet to podstawa – skwitowała z przekonaniem.
Westchnąłem, wdzięczny, ale wciąż zaskoczony.
Nasze ubrania, tak jak wszystko inne, były kompletnie przemoknięte. Moja hawajska koszula i krótkie spodenki były mokre jak po praniu. Ubrania cioci wyglądały równie żałośnie, co wcale mi nie przeszkadzało, bo wolałem patrzeć na jej nagie ciało. Teraz, aby podziwiać jej kształty, nie musiałem tłumaczyć się sam przed sobą.
Wszystko tutaj było jakieś dziwne. Normalnie po burzy robi się chłodno, ale tym razem było inaczej. Słońce wyszło zza chmur i zaczęło grzać tak intensywnie, jakby burza nigdy nie miała miejsca. Parujący piasek pachniał wilgocią, a w powietrzu unosił się świeży zapach lasu. Robiło się naprawdę przyjemnie.
– Rozwieśmy wszystko na tych krzakach – zaproponowała ciocia, wskazując pobliskie zarośla. – W takim słońcu i przy tym wietrze szybko wyschnie.
Zebraliśmy nasze rzeczy i rozwiesiliśmy na gałęziach. Kiedy ciocia się chlała, nie omieszkałem zerkać między jej uda na jędrną, soczystą cipeczkę oraz pięknie opadające workowate piersi. Po chwili koszula, spodnie, wszystkie ręczniki oraz ubrania cioci wisiały niczym pranie na lince przed domem. Wyglądaliśmy jak rozbitkowie, próbujący ratować resztki swojego dobytku. To było bardzo romantyczne ale i pobudzało moją wyobraźnię. Byłem sam z tak atrakcyjną kobietą i już zastanawiałem się, co jeszcze mogę z nią zrobić na tej bezludnej wyspie.
– No i co teraz? – zapytała ciocia, siadając na ciepłym piasku i rozchylając nieco nogi. – Może powinniśmy zgłosić się do konkursu na najdziwniejszą sesję zdjęciową?
Uśmiechnąłem się. Nie mogłem się oprzeć, aby nie spojrzeć na jej niezwykle pulchną i apetyczne cipkę.
– Może wygramy nagrodę specjalną za baraszkowanie w burzy – odparłem, otrzepując nogi z piasku, a przy okazji zerkając na własnego ptaszka, który już wyraźnie podnosił swój łepek.
Po chwili zastanowienia spojrzałem na łódkę. Na szczęście przetrwała ten mały kataklizm bez uszkodzeń. Lina trzymała mocno, a kadłub wyglądał na nienaruszony.
– Łódka jest w porządku – oznajmiłem z ulgą. – Jak tylko ubrania wyschną, możemy ruszać.
Ciocia westchnęła, zadzierając głowę do nieba.
– Trochę szkoda teraz wracać, taka ładna pogoda. No ale cóż, chyba nie mamy wyboru.
Przytaknąłem. Byliśmy zmęczeni i przemoknięci, ale mimo to bardzo szczęśliwi. Słońce grzało coraz mocniej. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, czując na skórze ciepły zefir. Jakby cała ta burza była tylko złudzeniem, które pozostawiło po sobie jedynie wilgotny piasek, parujące ubrania i wspomnienie przygody, której długo nie zapomnimy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz