8. Topielica.
-Nie wiem, kurwa, coś go ciągnęło! - odpowiadał Adam.
Z wielkim trudem otworzyłem oczy. W dość dużym salonie, tuż obok moich znajomych, siedział starszy, nieco zaniedbany, brodaty człowiek. Pogładził się dłonią po zaroście i odezwał się zmęczonym głosem:
-Mieliście szczęście.
-Co??? Szczęście?! Co pan opowiada?! - wyskoczył na niego Marcin.
Mężczyzna tylko pokiwał głową.
-Synu, na twoim miejscu, cieszyłbym się, że to tak się skończyło. Tak naprawdę, oni powinni być już martwi.
Słysząc to, Małgorzata wpadła w histerię.
-Co pan, do kurwy nędzy, opowiada?! - wydarła się na niego.
-A więc to prawda. Ona jest, - stwierdził zagadkowo gospodarz.
-Co?! Jezu kochany, powie nam pan, co jest w tym, kurewskim, jeziorze?!
Mężczyzna nie denerwował się. Wstał i odszedł pokój dookoła, uważnie spoglądając za okna.
-Mam nadzieję, że TO nie przyjdzie, - powiedział po chwili.
-Kto, kurwa, co?! - usłyszałem poirytowany głos Adama.
Miałem wrażenie, że za chwilę go pobije.
-Topielica.
-Co???
-Topielica, - powtórzył spokojnie mężczyzna.
-Jaja se pan robi?! Topielica?! A, co to jest, do kurwy nędzy?!
Mężczyzna przerwał i rozejrzał się nerwowo dookoła.
-Posłuchajcie mnie uważnie, - zaczął wystraszonym głosem, - być może teraz, wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.
Asia, która, do tej pory, była przy mnie i nie odzywała się, wstała i podeszła do niego.
-Boże kochany, co się dzieje? Powie nam pan?
Przez niewielkie szparki w uchylonych powiekach widziałem, jak mężczyzna podchodzi do okien i chwyta za zasłony próbując ściągnąć je do środka.
-Może nic się nie stanie. Pozamykajcie wszystkie drzwi i okna i, pod żadnym pozorem, nie wychodźcie z domu.
-Matko święta, niech pan nas nie straszy. Co się dzieje?!
Mężczyzna znowu usiadł.
-Posłuchajcie mnie. Od czterdziestego piątego, nie było takiego przypadku. Hm… co prawda słyszało się to i owo… jakieś plotki, ale każdy myślał, że to tylko legenda.
-Ta topielica? - zapytał któryś z kolegów.
-To bardzo niebezpieczny stwór. Jak już sobie kogoś upatrzy, to nie odpuści, dopóki go nie zabierze.
-Powie nam pan, co to jest za stwór?
Mężczyzna, na chwilę, wyszedł, a kiedy wrócił, trzymał w dłoniach karafkę i dwie szklanki. Słyszałem jak stawia to na niewielkim stoliku i napełnia. Zaraz później podszedł do mnie, uniósł moją głowę i odezwał się:
-Hej kolego, wypij to. Pomoże ci.
Otworzyłem oczy i próbowałem się podnieść. Prawie na siłę wlał alkohol w moje usta. Zachłysnąłem się dwa razy, ale wypiłem wszystko. Było mocne i smakowało jak wiśniówka. Czułem, jak trunek rozgrzewa mnie od środka. Rzeczywiście miałem wrażenie, że przywraca mi życie.
-Co z tym drugim? - usłyszałem jego pytanie.
Nie widziałem Bogdana. Położyli go gdzieś za moimi plecami. W tym momencie gospodarz, chyba, do niego podszedł i coś przy nim robił.
-Puls i oddech jest. To dobrze, - powiedział po chwili.
Zrobił jeszcze ze dwa kółka po mieszkaniu, po czym usiadł i zaczął mówić:
-W osiemnastym wieku stał tutaj drewniany dwór. Hrabia Mikołajczyk miał młodą córkę, Helenkę, którą chciał bogato wydać za mąż, ale ona kochała innego. Parobka z pobliskiej wsi. Decyzja jednak zapadła. Ojciec nie chciał słuchać jej próśb i lamentów. Data ślubu była już wyznaczona. W dniu wesela, dziewczyna z rozpaczy popełniła samobójstwo.
-Samobójstwo? - spytała Joanna.
-W białej sukni, utopiła się w jeziorze.
-Aha…
-Od tamtej pory, co jakiś czas słyszy się, że wychodzi z wody i, pięknym śpiewem, wabi młodych mężczyzn. To ma być zemsta za jej nieszczęśliwy związek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz