1. Listopadowa noc.
Pamiętam to dobrze. Prowadziłem wtedy samochód. To była chłodna listopadowa noc. Pędziliśmy naszym ciemnozielonym Mercedesem Vito leśną, mazurską drogą. Drobny, przykry deszcz rzucany porywistym wiatrem walił w szyby. Byłem uważny i skupiony na tym, co działo się przed nami.
Za sobą miałem już ponad cztery godziny podróży i byłem dość zmęczony. Zważywszy na to, że na liczniku było około setki, każdy najmniejszy błąd mógł się skończyć tragicznie.
Kiedy nasze auto minęło kolejny zakręt ulewa gwałtownie osłabła, a korony drzew przerzedziły się na tyle, że odsłoniły firmament czarnego nieba. W tej samej chwili jakby na zawołanie chmury rozeszły się na boki odsłaniając tarczę srebrnego, dużego księżyca.
-Popatrzcie, jezioro, - odezwała Joanna, która siedziała na fotelu obok mnie.
Wszyscy w aucie byliśmy przyjaciółmi, ale Asia była mi szczególnie bliska. Była dla mnie kimś bardzo wyjątkowym. Już od lat szkolnych kochałem się w niej skrycie.
Asia miała jasne, ścięte do ramion włosy, szaroniebieskie oczy, oraz ciepły dziecięco brzmiący głos. Mimo, że zbliżała się już do pięćdziesiątki, wciąż była piękną i pełną wdzięku, kobietą. Mimo tego, co się między nami kiedyś działo, życie ułożyło się w ten sposób, że nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły. Niestety, Asia wyszła za mąż i dorobiła się piątki dzieci.
-Widzieliście to jezioro, - odezwała się ponownie, ale odpowiedział jej tylko śmiech znajomych.
Pozostali pasażerowie byli tak rozbawieni, że zdawali się w ogóle jej nie dostrzegać. Któryś raz z kolei śpiewali tą samą, durną piosenkę, co chwilę wybuchając gromkim śmiechem.
-To nie tak! To nie tak leciało! Przekręcacie to, głupki, - w ogólnej wrzawie dał się słyszeć głos Małgorzaty, siedzącej na samym tyle.
-Jak żeś taka mądra, Gocha, to zaśpiewaj sama, - przerwał jej roześmianym głosem Bogdan.
Bogdan był moim kolegą ze szkoły średniej i już wtedy miał problemy z alkoholem. Nie unikał go i korzystał z każdej okazji, aby wypić. Był największym rozrabiaką w klasie, prowodyrem wszelkich bójek. Wygadany sprytny, czasami nawet agresywny, wtedy mi imponował. Teraz wyglądał jak menel, wyłysiał, zdziadział, palił papierosa za papierosem, że aż trudno było wytrzymać i już zaczynałem żałować, że zdecydowałem się zaprosić go na tę wyprawę.
-No pokaż Gośka jak śpiewasz, - dołączył do sprzeczki Marcin, niepozorny okularnik zwany również Waflem.
-No co ty, Wafel, ona najwięcej fałszuje, tylko nie może znieść tego, że tak głośno śpiewamy, - odezwał się znowu Bogdan.
Adam, który siedział tuż obok, położył mu rękę na ramieniu. Ten człowiek, z kolei, naszej klasie, robił za mediatora i dyplomatę, to on godził zwaśnione strony.
-Bodzio, ty się nie mądrzyj, tylko polewaj tą wódkę, bo się nagrzeje, - powiedział stanowczym głosem chcąc zakończyć niepotrzebną, jego zdaniem, dyskusję.
Jak widać, niektórzy z zebranej przeze mnie grupy, zaczęli zachowywać się jak bydło. Zaczynałem się obawiać, czy nie na robią kłopotów, kiedy dojedziemy już do hotelu Gołębiewski w Mikołajkach. To miał być ostatni wypad starzejących się już pryków. Mieliśmy poszaleć w aquaparku, wygrzać nasze tyłki w saunie i skorzystać z szeregu innych, licznych atrakcji oferowanych przez ten renomowany ośrodek.
Asia, była moim zmiennikiem za kierownicą, więc podczas tej podróży w ogóle nie piła. Siedziała teraz na jednym z pierwszych foteli z głową przyklejoną do szyby i uważnie obserwowała ciemny krajobraz szybko zmieniający się za oknami pojazdu.
-Jakie jezioro? - odezwał się jakby wyrwany z letargu Krzysiek.
-No to po prawej. Nie widzisz? - wskazała palcem blondynka w stronę wody rozlewającej się po jednej stronie drogi.
Nad połyskującą ciemnym bazaltem taflą, bardzo nisko snuła się mleczna, gęsta mgła.
-Rzeczywiście. O rany, tak blisko? - zdziwił się kolega.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz