5. Krzyki.
W pewnym momencie, od strony jeziora dało się słyszeć krzyki. Były dziwne, przytłumione, co chwilę cichły całkowicie.
-Ratunku, ratunku… Boże ratunku! Tonę, pomóżcie mi!
Asia uniosła głowę i zaczęła uważnie nasłuchiwać.
-Słyszysz? - odezwała się do mnie.
W pierwszym momencie, nie wiedziałem o co jej chodzi. Myślałem, że to jakieś zwierzę.
-Co? - spytałem zaskoczony.
Spojrzała najpierw na mnie, a później w stronę ścieżki prowadzącej do jeziora.
-Krzyki.
Wyrwany z rozmyślań, nie mogłem przestawić się na inny tryb działania.
-Jakie krzyki? Gdzie?
Joanna spoważniała.
-To, chyba Bogdan!
-Bogdan?! Co ty mówisz?!
Trudno było mi uwierzyć, że temu człowiekowi mogło się coś stać.
-Posłuchaj, - szepnęła.
Dopiero teraz usłyszałem.
-No tak… Kurwa, co on znowu wykombinował! - zakląłem ze złością.
Asia reagowała dużo szybciej, niż ja i, w kilka sekund, była już gotowa do działania.
-Chyba coś mu się stało, szybko! Biegnijmy! To tam, nad wodą!
Rzuciliśmy się pędem w stronę brzegu. Biegliśmy wąską ścieżką między zaroślami. Teren pod naszymi stopami był wilgotny i grząski, a na dodatek stopniowo się obniżał.
Gdy dotarliśmy do krawędzi wody odgłosy umilkły całkowicie. Przed nami był pas wysokiej, suchej, szeleszczącej trzciny. Nieco dalej, po prawej, od samego lądu w stronę środka jeziora, biegł stary, drewniany pomost.
Asia była już za moimi plecami.
-To chyba tam, - wskazała palcem.
Ruszyłem w stronę molo. Już po kilkunastu krokach pod moimi stopami zaskrzypiała zmurszała konstrukcja.
Mniej więcej w tej samej chwili zobaczyłem wyłaniających się spośród drzew Krzyśka, Marcina i Adama.
-Co się stało? - zapytał jeden z nich.
-Usłyszeliśmy jakieś Krzyki?! - odpowiedziałem.
-My też.
-To chyba Bogdan. Odgłosy dobiegały gdzieś stąd, - wskazałem dłonią przed siebie.
Było ciemno. Mrok rozświetlała blada poświata księżyca. Ostrożnie ruszyłem przed siebie. Deski pod moimi stopami ruszały się, coraz bardziej, skrzypiały coraz głośniej. Bałem się, że za chwilę któraś z nich pęknie i znajdę się w zimnej wodzie. Nie zrezygnowałem jednak, ponieważ czułem, że Bogdanowi mogło przydarzyć się właśnie to samo.
-Jarek uważaj, - za moimi plecami rozległ się wystraszony głos Joanny.
-Jesteś pewny, że to stamtąd dobiegało? Może lepiej tam nie wchodź, - odezwał się równie zaniepokojony Adam.
-Tak, to chyba stamtąd, - odpowiedziałem poruszając się wciąż do przodu.
Bałem się, że na pomoc już będzie za późno, że nasz kolega może się już nie wynurzyć. O ile w ogóle tam się znajdował.
Już wkrótce moje czarne scenariusze miały się potwierdzić. Kiedy byłem mniej więcej w połowie kładki, na jej końcu, z pod powierzchni wody wynurzyła się jakaś postać.
Trwało to bardzo krótko. Najpierw były to ramiona, później głowa i część tułowia. Wyglądało to tak, jakby ryba rzuciła się na haczyku.
Tym razem nie było już żadnego krzyku. Coś chlapnęło plusnęło i znów zapanowała cisza. Tylko szybko rozchodzące się kręgi na powierzchni wody świadczyły o tym, że coś w tym miejscu się wydarzyło.
Pobiegłem. Bez zastanowienia skoczyłem do zimnej toni i zanurkowałem. W mojej głowie świtała tylko jedna myśl: jak najszybciej go chwycić. Ująć za cokolwiek: sweter, spodnie, włosy wszystko jedno, byleby tylko zacisnąć dłoń.
Woda była mętna i bardzo zimna. Wiedziałem, że będę w stanie wytrzymać, najwyżej, kilka minut. Musiałem go znaleźć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz