Szukaj na tym blogu

7 stycznia 2019

Syrena.

50. Tajemnica pozostaje tajemnicą.

Obserwowałem, jak łódka krąży powoli, zatacza jedno koło, drugie i trzecie. W końcu silnik gaśnie, a mężczyźni, którzy znajdują się wewnątrz, wychodzą. Szli dokładnie w to miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą się kochaliśmy. Coś mówili do siebie po niemiecku, ale już ich nie słuchałem.
Nie chcąc pakować się w dodatkowe kłopoty, zawróciłem i ruszyłem w stronę miasteczka.
Impreza jeszcze trwała, choć większość jej uczestników rozeszła się już do domów albo na kwatery. Nawet Polaków było niewielu. Zostali tylko ci najbardziej wytrwali.
Do samego wyjazdu nic szczególnego się już nie zdarzyło. W piątek siedzieliśmy już w autokarze spakowani, z całym mnóstwem różnych towarów zakupionych na miejscu, których wtedy w naszym kraju brakowało i ruszyliśmy w stronę Berlina, by stamtąd, pociągiem pojechać do Warszawy. Kiedy poruszaliśmy się wąską, krętą drogą wzdłuż wybrzeża, ostatni raz podziwiając piękny zachód słońca, zatrzymał nas niespodziewany korek.
W dzisiejszych czasach korki zdarzają się często i nie są niczym nadzwyczajnym. Nikt się im nie dziwi. Wtedy jednak był to prawdziwy ewenement. Wszyscy podnieśli się ze swoich miejsc i patrzyli przed siebie.
-Co się stało?
-Co tam?! Czemu stoimy?
-Dlaczego tak wolno? Przecież nie zdążymy na pociąg, - dało się słyszeć różne głosy.
Staliśmy. Korowód samochodów poruszał się w ślimaczym tempie: metr po metrze. W końcu utknęliśmy na dobre. Nic nie wskazywało, że szybko ruszamy w dalszą drogę.
W pewnym momencie, zdenerwowany kierowca wysiadł z autobusu i piechotą ruszył w stronę miejsca, w którym, najprawdopodobniej, coś lub ktoś zatrzymał ruch.
Poszedł i nie było go przynajmniej piętnaście minut. Kiedy wrócił zaczął coś tłumaczyć naszej przewodniczce, a ta wyjaśniła nam to po polsku, mówiąc przez mikrofon i stojąc na środku autokaru:
-Słuchajcie! Musimy, niestety, trochę poczekać. Rozmawiałem z panem kierowcą i mamy nadzieję, że zdążymy jeszcze na nasz pociąg. Jest jeszcze trochę czasu.
-Psorko, ale co się stało?! Czemu stoimy?! - zapytał ktoś z tyłu.
-Zdarzył się wypadek.
-Jaki wypadek?! Co pani opowiada!
Ta zwróciła się po raz kolejny do kierowcy autokaru z prośbą o dalsze wyjaśnienia i po krótkiej wymianie zdań odpowiedziała:
-Zginęło dwóch ludzi… dwóch wędkarzy…
-Wędkarzy? - zapytał ktoś bardzo zdziwiony.
Tłumaczka jeszcze raz zwróciła się do kierowcy.
-Nie…  przepraszam, rybaków.
-Rybaków? - padło kolejne zdziwione zapytanie.
-Utonęli.
-Co?! Gdzie?!!! - rozległo się ogólne zaskoczenie.
-Tutaj. Niedaleko. Właśnie wyławiają ich ciała z wody.
Kiedy te słowa dotarły do mojej świadomości, przez moje plecy przebiegł dreszcz. Tym razem był to zimny i przejmujący dreszcz.
Nigdy się nie dowiedziałem, co było prawdziwą przyczyną śmierci tych biednych ludzi. Mogłem tylko, w jakiś podświadomy sposób, się tego domyślać. Wiedziałem jednak, że nie mogę nikogo oskarżać. Od tego była milicja i sądy. Nigdy też nie dowiedziałem się, co to była za dziewczyna.
Moja pani profesor od niemieckiego, ta, która była razem z nami na tej praktyce, która także kochała się ze mną na tej plaży, milczała jak grób. Do końca mojej nauki w szkole, ani słowem nie wspomniała o tym wydarzeniu. Zresztą, zgodnie z obietnicą. Zachowywała się tak, jakby nigdy do niczego między nami nie doszło, a ja bałem się zagadnąć i zwrócić do niej z jakimkolwiek pytaniem na ten temat.
No cóż, tajemnica pozostaje tajemnicą, a pewne rzeczy już nigdy nie będą wyjaśnione. Przynajmniej na razie.
Pozostały mi po tym wyjeździe tylko piękne i gorące wspomnienia, które raz na jakiś czas powracają w snach tak bardzo realne i słodkie.


KONIEC

marée

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...