Szukaj na tym blogu

31 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

272. Musiałem ją wyruchać. 


Kiedy już ją zobaczyłem i uświadomiłem sobie, co się naprawdę dzieje, byłem naprawdę przegrany. Westchnąłem głęboko, naprężyłem się mocno, a z mojego prącia wystrzelił potężny strumień gęstej białej spermy wprost za okno, na tę jej uśmiechniętą buzię. Ona też była bardzo zaskoczona, kompletnie nie wiedziała, co ze sobą zrobić, a jednak się nie odsunęła. Szeroko otwarte usta sprawiły, że moje nasienie szybko znalazło się s środku.

-Och, Julian, - usłyszałem głębokie, lecz ciche westchnienie. 

“I to byłoby wszystko”, - pomyślałem kompletnie zrezygnowany, ale niestety, bardzo zadowolony z tego co się stało. 

Stałem jeszcze przez chwilę, kończąc dzieło mojego szatańskiego zepsucia, szarpałem mojego wacka tak, żeby pozbyć się całego zapasu spermy, tak, żeby nic już tam nie zostało. Siłą rzeczy ochlapałem też podłogę, szafkę pod oknem, parapet, a także kawałek szyby. Celem mojego ataku, przede wszystkim, była twarz Grace. To jej oczy, usta, a nawet włosy były na celowniku mojego fiuta. Zastanawiałem się, może to głupie, jak ona sobie teraz z tym wszystkim poradzi. Przecież była kompletnie zaznaczona moim pożądaniem. 

Jej reakcja była trochę dziwna, ale w sumie przewidywalna. Patrzyła na mnie tak, jakby miała do mnie pretensję, a jednocześnie była bardzo zadowolona. Zrobiła słodko-kwaśną minę zepsutej nastolatki, a później otarła oczy i usta z lepkiej spermy i odezwała się: 

-Człowieku, ale żeś narozrabiał. Takiego ogiera to ja jeszcze nie widziałam. Ile ty masz energii! Jesteś jak byk rozpłodowy. Nigdy nie masz dość? Ile jeszcze tego masz w swoich jajach?

Nie zalałem odpowiedzi. Stałem tak i tylko wzruszyłem ramionami. Choć bardzo chciałem, nie potrafiłem tego fenomenu wyjaśnić w żaden logiczny sposób. 

Najdziwniejsze było to, że mój kutas wcale nie opadł. Wydawało mi się, że powinien zmniejszyć swoje rozmiary, ale on sterczał jak głupi i domagał się jeszcze więcej, więcej seksu, więcej ruchania. Czy byłem w stanie mu to zapewnić? Z coraz większym niedowierzaniem patrzyłem na moje narzędzie. Powoli stawałem się jego niewolnikiem, spełniałem jego zachcianki i nic nie mogłem an to poradzić. Zastanawiałem się, czy w ogóle jest  możliwe, aby sprostać jego wymaganiom, a przede wszystkim czy powinienem to robić? Miałem wrażenie, że staję się jakimś monstrum. Tymczasem Grace wcale mi w tym nie pomagała. 

Zachowywała się w sposób, który prowadził mnie na manowce. Powoli rozpięła swoje dżinsowe, obcisłe spodenki i pokazała mi delikatnie zarośniętą cipkę. Tak po prostu, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Patrzyłem i drżałem z podniecenia. Jej soczysta pizdeczka była pokryta jasnym, kędzierzawym delikatnym włosiem.

Reakcja mojego organizmu była natychmiastowa i wybuchowa. Krew w moich żyłach od razu zawrzała, serce zaczęło łomotać, myśli znów zaczęły się kłębić i szybko popadałem w totalny amok umysłowy. 

“Czy to się nigdy nie skończy?” – myślałem w coraz większym szoku.

-Och, Grace, proszę Cię, - westchnąłem głęboko, - nie rób tego. Już chyba dość, może nie powinniśmy.

Nie zrobiła nic, co mogłoby to postępujące szaleństwo zatrzymać. Brnęła w na oślep w stronę totalnego zepsucia, prowokowała i wiedziała, że szybko złamie mój opór.

Drżałem. Moje podniecenie było ogromne. Spojrzałem na mojego fiuta, a on jakby miał zamiar opaść. Trwało to tylko chwilę, bo kiedy wyczuł w pobliżu gotową na seks samiczkę, z ciekawością unosił swój łeb w poszukiwaniu nowej zdobyczy. Mój kutas przejął nade mną całkowitą kontrolę. Musiałem ją wyruchać. 

30 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

271. Z zapartym tchem


W końcu, po krótkiej i nierównej walce poddałem się i chwyciłem go w dwa palce. W dwa, a nie w całą garść. Tak jakby miało być to coś zmienić. To wyglądało tak, jakbym się bał, jakby to miało być czymś zastępczym, jakbym próbował siebie oszukać, że jednak tego nie robię. A jednak to robiłem. 

Słysząc ich głosy za drzwiami, mając w pamięci ich cudowne, śliczne tyłeczki, cycuszki i cipki, mając w pamięci to, co robiliśmy na sianie tej nocy, mając w pamięci to, co one zrobiły ze mną, przywiązując mnie taśmą do palików i drażniąc mój pętek paskudną pokrzywą, nie byłem w stanie się oprzeć moim pokusom.

Być może na tym tylko by się skończyło, być może więcej by już nic nie było, gdyby nie jeden mały szczegół. W tym właśnie oto momencie zobaczyłem niewielki czerwony przedmiot leżący na pralce. Myślałem z początku, że to malutka ściereczka z mikrofibry do wycierania kurzy, ale kiedy wziąłem to coś w dłoń, szybko się okazało, w jakim jestem błędzie. To były majteczki. Nie wiem której, albo Grace, albo Amelie. To nie miało znaczenia. To były koronkowe, delikatne, zwiewne majteczki i pachniały kobietą.

Nie powinienem był tego robić. Nie powinienem był brać ich w ogóle w dłoń. Nie powinienem był ściągać spodni. Nie powinienem był stać tak długo z gołym kutasem na wierzchu. A jednak wszystko działo się na opak. Nie tak, jak powinno. Przyciągnąłem ów przedmiot do nosa i wciągnąłem niezwykle kuszącą woń. A kiedy to zrobiłem, byłem naprawdę przegrany. To był koniec, mój koniec. 

Zapach był subtelny, delikatny, a jednak powalający jak cios zawodowego boksera. Nagle wszystko, co się działo, przedtem odżyło z podwójną intensywnością. Wybuchło w mojej głowie, rozprzestrzeniło się na każdy zakamarek mojej świadomości i ciała i opanowało mnie, robiąc mnie swoim niewolnikiem. Byłem przegrany.

Trzymając majtki przy swoich ustach i wyobrażając sobie każdą minutę, sekundę tego, co się działo zarówno na sianie, jak i tego później za stodołą, chwyciłem drugą dłonią mojego napęczniałego, sztywnego, żylastego kutasa i zacząłem niespiesznie poruszać w jedną i w drugą stronę. W mojej głowie się zakręciło, westchnąłem głęboko, stanąłem w większym rozkroku i przyspieszyłem nieco ruchów.

-Och, och, och, ach, ach, Boże, jak mi dobrze, - szeptałem, starając się robić to tak, żeby nic, żaden dźwięk nie wydostał się poza drzwi, jednak nie byłem tego wcale taki pewien.

“Julian, ty zboczeńcu, ty zboczona świnio, nie umiesz się opanować”, - myślałem ze złością, ale to tylko jeszcze bardziej rozbudziło moją wyobraźnię. Sprawiało, że czując się gorszy, zły, zepsuty, byłem jeszcze bardziej podniecony i nie umiałem sobie z tym uczuciem poradzić. Chciałem seksu, pragnąłem seksu, nie umiałem zachować się inaczej.

Kiedy już byłem prawie na granicy wytrysku, coś mnie tknęło. Mimo wszystko jakiś szczegół się w tym wszystkim nie zgadzał. W łazience było zbyt widno, było tu zbyt dużo światła. Uniosłem głowę i zobaczyłem nisko położone, niewielkie, ale szeroko otwarte okno, a za nim, z równie szeroko otwartymi oczami, uśmiechniętą, rozpromienioną Grace. Nie mam pojęcia, jakim cudem się tam znalazła i po co wyszła z domu. Teraz nie miało to najmniejszego znaczenia. Wiem tylko, że tam była i przyglądała się wszystkiemu uważnie i z zapartym tchem.

29 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

270. Jak pies gończy


Nie byłem w stanie się skupić. W głowie miałem kompletny mętlik. Cały czas stał mi przed oczami ten jeszcze bardzo świeży obraz ślicznej Amelii — niebieskookiej blondynki o włosach tak pięknie układających się w falujące loki, że aż dech zapierało, tej Amelii ze sterczącymi krągłymi cycuszkami rytmicznie kołyszącymi się pod zbyt luźną białą bluzeczką, Amelii z soczystą cipeczką skrywającą się pod niebieskimi krótkimi jeansami. Chciałem ją mieć w swoich ramionach, chciałem kochać się z nią do utraty tchu. 

No tak, ale miałem myć ręce. To miała być prosta czynność, niezajmująca więcej niż trzy minuty. Dlaczego więc tego jeszcze nie zrobiłem? Dlaczego wciąż czekałem, wpatrując się w owo wybrzuszenie w moich spodniach? Odpowiedź była prosta, wręcz banalna – prowadziłem ze sobą wojnę. Choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, poświęciłem temu mnóstwo energii. 

“Ty nie możesz tego zrobić” - powtarzałem w myślach, - “nie możesz tam zajrzeć, bo jak to zrobisz… Wiesz co, po prostu umyj te ręce i wyjdź z tej łazienki. Tak będzie lepiej.”

Jednak nie zrobiłem tego, nie zrobiłem nic, by temu zapobiec. Szatański plan już wszedł w życie. Już przegrałem, przegrałem na wszystkich frontach. Upewniłem się tylko, czy drzwi do łazienki są zamknięte, były, a później delikatnie odciągnąłem gumkę luźnego dresu i zajrzałem do środka. 

Wielki kutas sterczał niczym rakieta gotowa do startu. Gruby, napęczniały do granic wytrzymałości, opleciony mnóstwem fioletowych żył z wielką w kształcie kapelusza głowicą, lśniącą i wypolerowaną buławą gotową wejść jeszcze raz w ciasną, mokrą cipeczkę którejś z lasek i zrobić to, co potrzeba. Ten łobuz był dokonać tego dzieła zniszczenia, a ja nie mogłem temu zapobiec. 

A może miałem jeszcze szansę? Gdybym się tylko dobrze postarał… Dlaczego nie myłem tych rąk? Dlaczego robiłem coś zupełnie innego? Dlaczego czekałem, zastanawiając się, a każda minuta sprowadzała mnie na manowce? Na te pytania nie znalazłem odpowiedzi. Chociaż może i znałem — odpowiedź była jedna. 

Słyszałem, jak dziewczyny śmiejąc się, ustawiają talerze na stole. Smaczny kurczak już tam na mnie czekał, ale nawet to nie skłoniło mnie do zmiany zachowania. Działałem jak na autopilocie. Zsunąłem spodnie do dołu. Chwyciłem materiał po obu stronach moich ud delikatnie w dwa palce i pociągnąłem do dołu, uwalniając mojego spragnionego zaganiacza. Cóż mogłem powiedzieć, to był początek katastrofy.

Czekał na moje dalsze zachowanie, w każdej chwili gotowy do pracy, jak pies gończy. Ja sam za chwilę miałem go spuścić ze smyczy. Jak mogłem tak się zachowywać? Och nie Julian, nie!

Mój pępuszek, który dostarczył mi tak ogromnej ilości dzikich doznań, był jeszcze mocno podrażniony. Co prawda opuchlizna w większości już zeszła, ale to nie miało znaczenia, bo wciąż czułem intensywne pieczenie i swędzenie w tej okolicy, a kiedy dotknąłem go palcem, po moich plecach przechodził intensywny dreszcz rozkoszy. To był dreszcz, który nakazywał mi zrobić to, co było mi przeznaczone.

To, co się działo później, było trudne do wytłumaczenia. Jakiś szatański głos podpowiadał mi: “Julian, przecież nic się takiego nie stanie, jak weźmiesz go w swoją dłoń i wykonasz kilka ruchów, w jedną i w drugą stronę. Przecież nic nie będzie słychać, nikt nic nie zauważy. No i nie musisz tego doprowadzać do końca, wystarczy tylko, że troszeczkę się nim pobawisz. To wystarczy”. Ale wiedziałem, że to jest zgubne, że tak nie można, bo na tym się nie skończy. 


28 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

269. Dlaczego wciąż mam w sobie tyle energii?


Nie wiem, co wydarzyło się później. Moje myśli były niczym rozbryzgane fale na wzburzonym morzu, chaotyczne i niekontrolowane. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym, jak tylko na ich obecności, na ich kuszących sylwetkach i zniewalających spojrzeniach.

W pewnym momencie, gdy tak stałem, szarpiąc się z własnymi myślami, poczułem na sobie przenikliwe spojrzenie Amelii. Jej wzrok niczym laser wbił się w moje oczy, jakby chciał zgłębić najgłębsze zakamarki mojej duszy i wyczytać z nich wszystkie sekrety. Może rzeczywiście tak było.

-No, idziesz do tej łazienki, czy nie? - spytała w końcu, a jej głos niczym delikatny dzwonek wyrwał mnie z transu.

Chociaż jeszcze przed chwilą byłem duchem nieobecny, w porę zreflektowałem się i rzuciłem do niej:

-O tak, tak, prawda, łazienka, już idę. Muszę umyć ręce.

Moje słowa niczym krople deszczu spadały na gorącą ziemię, nie oddając w pełni tego, co działo się w moim wnętrzu. Zaraz później zniknąłem za drzwiami niewielkiej, skromnej łazienki wujka Romualda. Tam, w czterech ścianach, mogłem wreszcie dać upust swoim emocjom. Ogień pożądania trawił mnie od środka, a moje serce waliło w piersi niczym młot kowala.

Patrząc w lustro, widziałem w nim nie tylko swoje odbicie, ale również obraz tych dwóch cudownych laseczek, ich uśmiechów, ich spojrzeń, ich kuszących powabnych ciał, ich jędrnych sterczących cycuszków i soczystych cipeczek. Czułem, jak tracę kontrolę nad sobą, jak staję się niczym marionetka poruszana niewidzialnymi nićmi pożądania.

Czy powinienem ulec tym zwierzęcym instynktom? Czy dać się ponieść fali namiętności, ryzykując utratę twarzy? Te pytania niczym natrętne muchy krążyły w mojej głowie, nie dając mi spokoju.

Wiedziałem, że muszę podjąć decyzję, ale wybór był niezwykle trudny. Walka między pożądaniem a obowiązkiem rozgrywała się w moim sercu niczym gladiatorzy na arenie.

Czas płynął niczym leniwa rzeka, a ja wciąż tkwiłem w łazience, uwięziony w sidłach własnych pragnień. Nie wiedziałem, jak długo tam przebywałem, ale w końcu nadszedł czas, by stawić czoła rzeczywistości.

Wziąłem głęboki oddech, spojrzałem w lustro i powiedziałem do siebie: "Musisz się opanować, Julian. Nie możesz dać się ponieść tym prymitywnym emocjom. Pamiętaj o dobrym wychowaniu i o tym, co wypada."

No ale kiedy stanąłem przed lustrem, los zdecydował za mnie. Odkręciłem wodę, ale nie zacząłem myć rąk, tylko spojrzałem w dół. To był mój błąd. Nie mogłem uwierzyć, że to, co widzę, dzieje się naprawdę. Wielki gruby penis napierał od środka na dres, tworząc pokaźny namiot. Byłem w szoku, zaskoczony jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy zobaczyłem, jak ubrane są Amelia i Grace. 

Dotarło do mnie, że przecież ja także nie mam na sobie bielizny. Pod tym dresem był tylko mój potężny sterczący fiut. Prężył się tam wielki, żylasty kutas i domagał się kolejnego i to natychmiastowego spełnienia. Jego nie interesowały żadne kompromisy. 

"Boże, co się ze mną dzieje?!” - myślałem przerażony, - “Przecież to nie jest normalne, żeby kutas tak mocno stał. Żeby cały czas i tu po tylu numerkach, gdzie za każdym razem spuszczałem się obfitą ilością gęstej i gorącej spermy, wyglądał jak kij bejsbolowy. Przecież, to nienaturalne. Przecież tyle razy tryskałem czy to wprost do cipki, czy na cycki, czy też na buzie. Za każdym razem wyrzuciłem potężne ilości mojego nasienia. Dlaczego wciąż mam w sobie tyle energii? Przecież powinienem być już wykończony, a nie jestem?!" 

27 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

268. Wyruchaj Amelię.


Ich piękno było niczym promienie słońca, rozświetlające mój mroczny świat. Ich śmiech był niczym muzyka dla moich uszu, a ich dotyk niczym ciepły letni wiatr muskający moją skórę. Czułem się przy nich jak w bajce, jak w krainie czarów, gdzie wszystko było możliwe i niczym nieograniczone.

One były niczym dwa egzotyczne kwiaty rozkwitające w moim życiu, dodając mu barw i zapachów, których nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Były niczym dwie tajemnicze wyspy na oceanie moich pragnień, na które tak bardzo chciałem dopłynąć i odkryć ich sekrety.

Nie wiedziałem, co przyniesie przyszłość, ale wiedziałem jedno – nie chciałem ich stracić. Chciałem być częścią ich świata, ich życia, ich szalonej i ekscytującej przygody.

Wiedziałem, że muszę coś zrobić, coś, co pokaże im, jak bardzo mi na nich zależy. Musiałem znaleźć sposób, aby zdobyć ich serca i zawładnąć ich duszami. Ale jak to zrobić? Nie miałem pojęcia.

Patrzyłem na nie, na ich rozpromienione twarze, na ich figury skąpane w blasku słońca, i czułem, jak w moim sercu wzrasta fala nieznanych mi dotąd emocji. Wiedziałem, że to dopiero początek czegoś wielkiego, czegoś, co odmieni moje życie na zawsze.

Po chwili ogarnął mnie nieokiełznany ogień pożądania, a moje myśli pogrążyły się w chaosie. Nie wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony kuszący aromat obiadu wołał mnie do stołu, z drugiej zaś, moje przyziemne instynkty brały górę nad zdrowym rozsądkiem i dobrym wychowaniem, pchając mnie w kierunku zupełnie innego scenariusza.

Obraz tych dwóch sprzecznych sił rozgrywających się we mnie przypominał walkę anioła z diabłem. Z jednej strony stał obyczaj nakazujący mi zachować się jak dżentelmen, z drugiej zaś, moje ciało buntowało się, pragnąc ulec zwierzęcym instynktom.

Ich kuszące spojrzenia, ich figury wyeksponowane obcisłymi ubraniami, ich słodki zapach unoszący się w powietrzu — wszystko to działało na mnie niczym silny afrodyzjak, rozpalając ogień pożądania w moim wnętrzu.

Czułem, jak moje serce wali w piersi niczym młot kowala, a krew pulsuje mi w żyłach niczym rozgrzana lawa. Wiedziałem, że powinienem się opanować, że powinienem zachować zimną krew, ale moje ciało nie chciało mnie słuchać.

Byłem niczym statek na wzburzonym morzu, targany sprzecznymi wiatrami pożądania i obowiązku. Wiedziałem, że muszę podjąć decyzję, ale wybór był niezwykle trudny.

Czy ulec zwierzęcym instynktom i dać się ponieść fali pożądania, ryzykując utratę twarzy i pogorszenie relacji z tymi ślicznymi dziewczynami? Czy też zachować resztki zdrowego rozsądku i postępować zgodnie z zasadami dobrego wychowania, tłumiąc w sobie płonący ogień?

Patrzyłem na nie, na ich rozpromienione twarze, na ich figury skąpane w blasku zachodzącego słońca, i czułem, jak w moim sercu wzrasta fala nieznanych mi dotąd emocji. Wiedziałem, że to dopiero początek czegoś wielkiego, czegoś, co odmieni moje życie na zawsze.

Kutas w moich spodniach sterczał jak rakieta i nie dawał mi spokoju. Był jak upierdliwy owad, który ciągle brzęczy gdzieś za uchem i w końcu musisz poświęcić mu nieco uwagi. Mówił mi: “wyruchaj Amelię, wsadź mnie w ciasną cipkę Grace, połóż albo jedną, albo drugą na tym stole i daj mi zrobić to co do mnie należy. Nie martw się o resztę, ja zadbam o wszystko. Tylko pozwól mi działać”. Ale czy mogłem mu na to pozwolić? Czy mogłem go spuścić ze smyczy, jak gończego charta? Przecież gdzieś na podwórku był wujek Romuald. Co by się stało, jakby nagle wszedł? No i co z obiadem? Och nie, nie mogłem się na to zgodzić.


26 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

267. Zakochać się w nich było dziecinnie proste.


No cóż, i jeszcze jedno: do tej pory myślałem, że one to wszystko robią tylko dla mnie. Ale byłem w błędzie. To nie tak działało. One po prostu czuły swój niespożyty seksapil, emanowały nim z każdym gestem i ruchem. Czuły się z tym dobrze i nie ukrywały tego nawet przed samymi sobą. Były po prostu naturalne i piękne w swojej pewności siebie. A to, że jakiś chłopak na ich widok się pocił i ślinił, no cóż, to już była jego sprawa.

Ich ruchy, niczym taniec uwodzicielek, hipnotyzowały i rozpalały zmysły. Spojrzenia, niczym błyskawice, trafiały prosto w serce. Uśmiechy, niczym promienie słońca, rozświetlały nawet najciemniejszy dzień.

One wiedziały, że są piękne i nie bały się tego pokazać. Ale nie robiły tego z arogancją, lecz z pewnością siebie wynikającą z głębokiej akceptacji samej siebie.

Ich seksapil nie był sztuczny. Nie opierał się na makijażu, wyzywających strojach czy prowokujących gestach. Wychodził z wnętrza, z ich naturalnego uroku, z ich pewności siebie i z ich radości życia.

I to właśnie było w nich najbardziej pociągające. Były autentyczne, prawdziwe i szczere. Nie udawały nikogo innego, nie grały ról. Były po prostu sobą – pięknymi, seksownymi i pewnymi siebie kobietami.

A to, że mężczyźni tracili dla nich głowy, no cóż, to było po prostu naturalną konsekwencją ich magnetycznej osobowości.

Ja byłem tylko małym elementem w tej skomplikowanej układance życia. Do tej pory nie byłem częścią ich barwnej mozaiki, nie miałem wpływu na ich losy. Znalazłem się tu niczym zbłąkany wędrowiec, przypadkiem trafiając do ich bajecznego świata. Wygrałem na loterii losu, doświadczając pięknych chwil u ich boku. Wziąłem to, co mi ofiarowały — ulotne chwile szczęścia i radości — i wiedziałem, że należy to uszanować niczym bezcenny skarb.

Nie wiedziałem, co przyniesie przyszłość, jak potoczą się nasze losy. Nie miałem prawa żądać więcej, niż to, co już otrzymałem. W moim sercu tliła się jednak maleńka iskierka nadziei, że nasza znajomość nie zakończy się na tym jednym, magicznym dniu, na tej jednej wakacyjnej przygodzie. Pragnąłem czegoś więcej, czegoś trwałego, co połączyłoby nas na zawsze. Ale to była tylko moja nadzieja, krucha niczym pajęcza nić, drżąca na wietrze niepewności.

Patrzyłem na nie, na ich rozpromienione twarze, na ich figury skąpane w blasku zachodzącego słońca, i czułem żal ściskający mi gardło. Wiedziałem, że czas nieubłaganie mija, a ten raj ziemski wkrótce się skończy. Musiałem pożegnać się z nimi, wrócić do swojej codzienności, do szarej rzeczywistości. Ale w moim sercu na zawsze pozostanie wspomnienie tych cudownych chwil, niczym skarb schowany w najgłębszej szufladzie pamięci.

Miałem nadzieję, że kiedyś nasze drogi znów się skrzyżują, że los da nam drugą szansę na szczęście. Ale to była tylko nadzieja, niczym delikatny kwiat rozkwitający na skale niepewności.

Doprawdy, zakochać się w nich było dziecinnie proste. W jednej, w drugiej, a może nawet w obu naraz. Nie wiedziałem, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem. Nie czułem miłości w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale to, co czułem, było równie fascynujące i pochłaniające. Czułem tęsknotę za czymś egzotycznym, nieznanym, za czymś, co tliło się głęboko w mojej duszy niczym skryty żar. One były spełnieniem moich najskrytszych marzeń, moich niewypowiedzianych pragnień, moich snów o idealnych kobietach. Były wszystkim tym, czym ja sam tak wiele razy bałem się być – wolne od uprzedzeń, pruderii i zaściankowych ograniczeń.

25 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

266. Powstrzymać erekcję.


Dotarło do mnie, że te dziewczyny nie były po prostu ładne. Ich uroda wykraczała daleko poza kanony piękna. Wyglądały nie tylko seksownie i podniecająco, ale też z gustem i gracją. Ich każdy ruch był pełen naturalnego wdzięku, a każdy gest emanował pewnością siebie.

Ich młode ciała, niczym dzieła sztuki, były idealne w swoich proporcjach. Długie nogi niosły je z lekkością baletnicy, a smukłe sylwetki podkreślały obcisłe spodenki. Ich włosy, niczym kaskady jedwabiu, spływały po ramionach, a delikatne rysy twarzy zachwycały i onieśmielały.

Ale to nie tylko ich wygląd zewnętrzny urzekał. One posiadały w sobie coś więcej — to "coś", co sprawiało, że mężczyźni tracili głowy. Były pewne siebie, inteligentne i zabawne. Potrafiły rozmawiać na każdy temat, a ich śmiech był niczym muzyka dla uszu.

Zdawały sobie sprawę ze swojej urody, ale nie epatowały nią nachalnie. Były świadome swojej wartości, ale nie aroganckie. 

Patrząc na nie, czułem się jak zaczarowany. Wiedziałem, że nigdy nie spotkałem nikogo takiego jak one. Były wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju.

Choć do tej pory mogłem mieć jeszcze jakieś wątpliwości, to już po chwili byłem pewien, że żadna z nich nie ma stanika ani majtek. Pod spodem nie miały nic, co, choć w minimalnym stopniu, mogło zakryć ich jędrne, pełne i sterczące piersi ze sztywnymi chropowatymi sutkami. Te luźne, skąpe bluzeczki absolutnie nie spełniały tej roli. Tak samo jak ich szorty. W tym wypadku ubrania były tylko skromnym dodatkiem do ich zgrabnych tyłeczków i soczystych cipek. Pod spodem były po prostu nagie i ja tę nagość widziałem.  

Bliźniaczki, niczym dwa motyle w tańcu, poruszały się zwinnie między kuchnią a stolikiem. Ich ruchy były płynne i harmonijne, niczym choreografia perfekcyjnie wyćwiczonego baletu. Ich rączki, niczym małe ptaszki, fruwały nad talerzami, sztućcami i szklankami, układając je z precyzją godną mistrza ceremonii.

Ich włosy, niczym złote kaskady, spływały po ich plecach, opadając na ramiona niczym delikatne chmury. Uśmiechy na ich twarzach, niczym promienie słońca, rozświetlały kuchnię ciepłym blaskiem.

W powietrzu unosił się zapach pysznego jedzenia. Aromat pieczystego kurczaka mieszał się z wonią świeżego chleba i słodkich truskawek. Aż ślinka mi ciekła na myśl o tej uczcie.

Siostry, niczym małe czarodziejki, tworzyły magiczną atmosferę. Ich entuzjazm i radość zarażały wszystkich, którzy znaleźli się w ich pobliżu. Ich miłość do jedzenia i do siebie nawzajem była widoczna w każdym ich geście.

Patrząc na nie, człowiek zapominał o wszystkich troskach i kłopotach. Czuł się jak w domu, otoczony ciepłem i miłością. Jednak nie to było najważniejsze, nie to wywarło na mnie tak duże wrażenie. 

Kiedy obydwie dziewczyny poruszały się zwinnie między kuchnią a stolikiem, nakrywając do obiadu, ich cycuszki podskakiwały do góry, raz po raz wysuwając się spod spodu i powodując u mnie palpitacje serca. Nie wiem, czy to, co się działo było jedynie efektem ubocznym ich totalnej swobody i radości życia, czy też robiły to celowo, ale efekt był taki sam. 

Trudno było mi powstrzymać erekcję. Była naprawdę potężna. Kutas pod luźnym, niebieskim dresem, którego przecież nie zmieniłem, znów zrobił się sztywny i napierał na materiał od spodu, tworząc wyraźnie odznaczający się namiot. Nie wiedziałem, czy mam się wstydzić, czy być z siebie dumnym. Chciałem im pokazać moją męskość, to jak testosteron rozsadza mnie od środka. Chciałem, aby widziały mój stan, moje podniecenie. Chciałem im pokazać, że jestem prawdziwym mężczyzną.

24 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

265. Zobaczyłem cipkę Grace.


Ale to nie było wszystko. Jej uśmiech był nie tylko szczery i rozbrajający, ale wręcz powalał swoją niezwykłą energią, młodzieńczą pasją i pięknem.

Wczorajszy wieczór zachwycił mnie widokiem Amelii i jej przyjaciółki w jaskrawo-czerwonych, odważnych, choć nieco kiczowatych sukienkach. Dzisiaj jednak dziewczyny zaprezentowały się w zupełnie innym wydaniu, zaskakując mnie nową odsłoną swojego stylu.

Zamiast rzucających się w oczy sukienek, na ich ciałach królowały teraz bardzo krótkie jeansowe spodenki, opinające ich sylwetki niczym druga skóra. Ich kolor, głęboki granatowy, idealnie podkreślał opaleniznę i dodawał charakteru. Do tego białe, dość luźne bluzki na szerokich ramiączkach, które z jednej strony zapewniały komfort, a z drugiej – stanowiły idealną bazę dla efektownego wykończenia.

To właśnie dekolty tych bluzek skupiały na sobie całą uwagę. Były duże, bardzo duże, niczym bramy prowadzące do świata kobiecej tajemnicy. Odsłaniały więcej, niż zakrywały, ale chyba właśnie taki był ich cel. Nie sposób było oderwać od nich wzroku, a wyobraźnia sama dopowiadała to, co skrywało się pod warstwą delikatnego materiału.

Amelia, z rozpuszczonymi włosami spływającymi kaskadą loków, promieniała pewnością siebie i zmysłowością. Jej zielono-błękitne oczy błyszczały w świetle kuchennych lamp, a delikatny uśmiech igrał na ustach. W ruchach widać było grację i wprawę, a w oczach – pasję do gotowania i nie tylko.

Jej siostra bliźniaczka emanowała energią i optymizmem. Jej nieco krótsze jasne włosy niczym aureola okalały twarz, a wesołe, z łobuzerskimi chochlikami oczy zarażały dobrą energią humorem. Poruszała się z gracją kotki, a jej zręczne dłonie z łatwością wyczarowywały cuda na talerzu.

Obie dziewczyny, tak różne, a jednocześnie tak doskonale się uzupełniające, tworzyły w kuchni niepowtarzalną atmosferę. Ich stylizacje, choć proste, podkreślały ich naturalną urodę i dodawały im pewności siebie. Były niczym dwa motyle, które swobodnie fruwają pośród kuchennych aromatów, ciesząc się życiem i czerpiąc radość z tworzenia.

Te ich dżinsowe spodenki były tak krótkie, tak skromne, że mógłbym uznać, że w ogóle ich nie mają. Kiedy Grace na chwilę usiadła na krześle i z niezwykłym wdziękiem uniosła kolana, zobaczyłem wszystko, co znajdowało się pod spodem. Teraz już wiedziałem, że obydwie nie mają na sobie bielizny. Znów byłem w szoku. Zobaczyłem cipkę Grace — soczystą, napęczniałą pizdeczkę. Wyłaniała się zza granatowego paska spodenek niczym księżyc zza chmur i jaśniała swoim oszałamiającym blaskiem, tak mocno, że na chwilę zabrakło mi tchu. 

Mój oddech wpadł w szaleńczy rytm, a serce, niczym spłoszony rumak, przeszło z normalnego tempa do galopu. Nie powinienem był być zdziwiony. Czego innego mogłem się po nich spodziewać? One nigdy nie odpuszczały, nigdy nie dawały za wygraną. Zawsze prowokowały, igrając z ogniem, a przy okazji, choć zachowywały się wyzywająco, zachwycały.

Ich figury, niczym rzeźby Fidiasza, wyłaniały się z mroku, skąpane w blasku księżyca. Oczy, niczym dwa brylanty, lśniły w ciemności, a usta, niczym pąki róży, rozchylały się w uwodzicielskich uśmiechach. Ich ruchy, niczym taniec nimf, były pełne gracji i zmysłowości. Można powiedzieć, że od samego początku byłem w pułapce. 

Czułem, jak ogień pożądania trawi moje wnętrze. Wiedziałem, że nie mogę się im oprzeć. Ich piękno było niczym syrena śpiewająca dla marynarza, a ich uwodzicielskie spojrzenia niczym syrenie łzy, które zwabiały na pewną zgubę. Wiedziałem, że już przegrałem. Przegrałem, zanim zdążyłem się zorientować, o co w tym wszystkim chodzi. 

Ale czy rzeczywiście to była zguba? Czy może raczej spełnienie najskrytszych pragnień? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko jedno — muszę je mieć, znów, obydwie.

23 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.,

264. Wyglądała oszałamiająco.


Kiedy przekroczyłem próg kuchni, skupiłem się na zadaniu – miałem pomóc w przygotowaniu posiłku. Dopiero później, gdy kurz emocji opadł, a ja mogłem odetchnąć z ulgą, dostrzegłem prawdziwy skarb ukryty w tym gwarnym pomieszczeniu.

Moje spojrzenie powędrowało ku dwóm dziewczynom, które niczym artystki na scenie tworzyły kulinarne dzieła sztuki. Tak mi się wtedy zdawało. Ich ruchy były płynne i precyzyjne, niczym wyćwiczona choreografia, a ich twarze, rozświetlone ciepłym blaskiem popołudniowego słońca, emanowały skupieniem i radością tworzenia.

Pierwsza z nich, o imieniu Amelia, poruszała się z gracją kotki. Jej długie, blond włosy spięte poruszały się swobodnie, tworząc fale i loki. Zręcznie nakładała obiad na talerze, a w jej oczach błyszczała iskra pasji. Uśmiech, który co jakiś czas pojawiał się na jej ustach, świadczył o czerpanej z tej czynności przyjemności.

Druga dziewczyna — Grace, emanowała ciepłem niczym promienie letniego słońca. Jej nieco krótsze, jasne włosy okalały twarz niczym delikatna aureola. Posypywała ziemniaki koperkiem z delikatnością, a w jej ruchach widać było troskę o każdy detal. Na jej twarzy malowała się koncentracja, a w oczach błyszczała kreatywność.

Obie dziewczyny, tak różne, a jednocześnie tak doskonale się uzupełniające, że tworzyły w kuchni harmonijną całość. Ich energia i zaangażowanie były zaraźliwe, a ja z każdą chwilą obserwowałem je z coraz większym podziwem.

Wiedziałem, że widok, który dane mi było ujrzeć, na zawsze pozostanie w mojej pamięci. To nie była zwykła kuchnia, to była scena, na której rozgrywała się kulinarna symfonia, a one jak dwie utalentowane artystki, które nadały jej wyjątkowy charakter.

Tymczasem ja po prostu wszedłem, rozmowa jak gdyby nigdy nic toczyła się utartym rytmem i nie zwróciłem uwagi na to, jak są ubrane i jak wyglądają obydwie panie. Jak się okazało, było to niesłychanie ważne. Gdy tylko mój wzrok skupił się na jednej z nich, moje podniecenie jak rakieta poszybowało do góry, a bukiet różnego rodzaju doznań, nie tylko erotycznych, ale także estetycznych rozkwitł nowymi nieznanymi mi dotąd barwami i odcieniami.

Oczywiście obie dziewczyny były piękne, ale w tej chwili to Amelia swoim blaskiem przyćmiewała wszystko niczym gwiazda na nocnym niebie. Jej uroda, zwykle delikatna i subtelna, nabrała teraz mocy. Wyglądała oszałamiająco, po prostu prześlicznie.

Amelia była cudowną jasną blondynką o oczach niczym laguny Morza Karaibskiego – zielonych z domieszką błękitu. Jej włosy, niczym wodospad ze czystego złota, spływały swobodnie po ramionach, tworząc kaskadę miękkich loków. Co jakiś czas muskała je palcami, a one, niczym posłuszne fale, falowały na jej delikatnej szyi.

W blasku kuchennych lamp jej cera nabrała alabastrowego blasku, a na policzkach pojawiły się delikatne rumieńce, niczym płatki róż na tle śniegu. Usta, lekko rozchylone w skupieniu, malowane były delikatnym kolorem, podkreślając jej naturalną urodę.

W jej oczach błyszczała nie tylko koncentracja, ale też radość tworzenia. Była artystką, która tworzy dzieła na talerzu, a kuchnia jest jej sceną. Każdy ruch jej rąk był niczym pociągnięcie pędzla, a każdy dodany składnik niczym barwna plama na płótnie. W jej spojrzeniu widać było pasję, a w uśmiechu – satysfakcję z tworzenia czegoś wyjątkowego.

Ta młoda dziewczyna w tej chwili promieniała niczym słońce po letniej burzy. Jej uroda, połączona z talentem i zaangażowaniem, tworzyła mieszankę wybuchową, która wprawiała w osłupienie. Nie można było oderwać od niej wzroku, a serce biło niczym młyńskie koło.

22 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

263. Wydałyśmy na niego wyrok śmierci.


No cóż, z drugiej strony wiedziałem to, że prawdą jest przysłowie: "Co się tak źle czy to nie uciecze”. Z tyłu głowy już planowałem, że na pewno kiedyś jeszcze odwiedzę te dwie urocze bliźniaczki. To była naprawdę niezła miejscówka. Wiedziałem, że kiedy mój kutas będzie w potrzebie, śmiało będę mógł uderzyć to Amelii i Grace, aby zaspokoiły moje gorące potrzeby. Wiedziałem też, że zrobią to w sposób profesjonalny, a jednocześnie innowacyjne i niekonwencjonalny. Byłem przekonany, że ich młode, gorące, mokre cipki zawsze ugoszczą mojego twardego kutasa.

W tym momencie jednak nade wszystko dominowała potrzeba snu i regeneracji. Zaciszne miejsce za stodołą wujka w cieniu rozłożystych lip i klonów doskonale się do tego nadawało. W skwarze upalnego popołudnia dawało uprawniony cień. 

Kiedy zapadaliśmy w relaksacyjny sen, byłem w środku między nimi, wciśnięty jak kawałek szynki w kanapkę. Amelia przykleiła się do moich pleców, a Grace z piersiami rozgniatała mój tors. Obydwie ciasno obejmowały mnie swoimi dłońmi i choć było bardzo gorąco, nie przejmowałem się tym bo byłem naprawdę szczęśliwy.

Kiedy się obudziłem słońce schowało się już za lasem a powietrze zdawało się być bardziej rześkie i czyste. Odczułem niepokój, byłem sam. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Do moich uszu dobiegał szum pobliskiego strumyka, szelest liści, świergot wróbli i śpiew innych ptaków. Zastanawiałem się, co jest nie tak w tym sielskim krajobrazie. Dopiero po chwili zrozumiałem, że po moich towarzyszkach niedawnych zabaw nie ma śladu. Nie dobiegał do mnie i radosny śmiech ani rozmowy. Ba nie słyszałem nawet odgłosów innych ludzi. Ta niewielka wioska położona w głębi Mazur wydawała się jak opuszczona. Miejsce wydawało się jakby wymarłe.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że oprócz tych bodźców odbieram także cały zestaw innych, może mniej intensywnych, ale jednak bardzo charakterystycznych. Przede wszystkim zrozumiałem, że jestem bardzo głodny. W brzuchu mi burczało, a do moich nozdrzy napływał aromatyczny, smakowity zapach pieczonego mięsa. “Czyżby ktoś robił grilla”, – pomyślałem.

Rozejrzałem się nerwowo i zrozumiałem, że zapach dociera do mnie od strony domu. Postanowiłem więc szybko to sprawdzić. Podniosłem się i ubrałem, bo choć było bardzo ciepło, dostałem gęsiej skórki. Następnie szybkim krokiem ruszyłem w stronę drewnianej chaty wujka Romualda. Byłem ciekawy, co tam zostanę.

Kiedy tylko przekroczyłem próg starego domu dziewczyny, krzątając się przy kaflowej kuchni, nie zwracały na mnie uwagi. Zachowywały się tak, jakby mnie nie widziały, jakby mnie tam nie było. Dopiero po minucie Amelia uniosła głowę i, odlewając ziemniaki, rzuciła w moją stronę:

-Szybko umyj ręce, zaraz podajemy do stołu.

-O, obiad?! - zdziwiłem się. - Jestem bardzo głodny.

-Tak, obiad. A co myślałeś, że nie będzie dziś obiadu?

-No nie, ja tylko… no wiesz, przez te wszystkie nasze zabawy… a co dzisiaj będzie do jedzenia? - spytałem.

-Rosół z makaronem. A na drugie kurczak pieczony oraz mizeria do ziemniaczków z koperkiem.

-No, to brzmi bardzo ciekawie i apetycznie. Jestem głodny jak wilk. Nałóżcie mi podwójną porcję?

-Dobrze, szefie, - roześmiała się Amelia, za tą robotę, którą odwaliłeś, należy ci się nawet potrójna porcja.

-A skąd wzięłyście kurczaka, - spytałem, zastanawiając się nad tym, - bo w lodówce nie widziałem.

Znów spojrzały na mnie jak na wariata. Uświadomiłem sobie, że jeszcze raz popełniłem gafę.

-A jak myślisz mieszczuchu, skąd się biorą kurczaki na wsi?

-Ach tak, przepraszam, no przecież tutaj pełno ich biega. 

I zaraz później dodałem:

-Ojej, a któremu głowę obcięłyście?

-Wiesz co, - Amelia skrzywiła się jedną stroną ust, - mam dla ciebie dobrą wiadomość.

-Tak, a jaką?

-Ten straszny kogut już  nie będzie cię ganiał.

Teraz obydwie wybuchły szczerym, serdecznym śmiechem.

-A co się z nim stało, spytałem tak, jakbym nie wiedział, choć doskonale zdawałem sobie sprawę z położenia tego koguta.

-Za popełnione przez niego przestępstwa, wydałyśmy na niego wyrok śmierci. Pomyśl o tym, kiedy będziesz go jadł.

21 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

262. Byłem wykończony.


Muszę powiedzieć, że to doznanie było bardzo dziwne. Intensywny ból, który towarzyszył mi do tej pory, ustąpił miejsca czemuś na wzór słodkiego bardzo przyjemnego rozpierania i odrętwienia. Bez dwóch zdań woda wpływała łagodząco, ale też zwiększała znacznie opuchliznę. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom. Widziałem jak, mój i tak już duży pępek, rośnie do monstrualnych wręcz rozmiarów. Nie poznawałem go, on nie był mój. To było niezwykle interesujące. Z jednej strony bardzo mnie to przerażało, a z drugiej fascynowało jak zupełnie nowe zjawisko przyrodnicze.

  W tym niesłychanym ferworze nowych bodźców Amelia chwyciła mnie za biodra i uniosła się do góry. Gdy tylko mój ptak wysunął się z niej prawie w całości, pozostając jedynie samą głowicą w jej gorącym bajorku, znów opadła. Zrobiła to tylko po to, by jeszcze raz się unieść. Po chwili cykl znów się powtórzył.

Bzykała mnie, zabawiała się ze mną nie spiesznie. Poruszała się na mnie bez zbytniej porywczości, ale też nie opieszale. Robiła to rytmicznie, płynnie jednak bardzo delikatnie. Nie musiałem gnać na oślep do mety. Odczuwałem pełną gamę i głębię różnego rodzaju subtelnych doznań.

No cóż, miałem kolejny orgazm przed sobą. Ten nadciągał z głębi mojej świadomości równie niespiesznie, lecz zbierał we mnie niczym fala tsunami.  

-Och Grace, - westchnęła z przejęciem Amelia – zobacz tylko jaki on jest niewinny zupełnie jak mały kociak. 

-Och tak – odpowiedziała Grace – a my go tak bardzo zepsułyśmy. Widzisz, jakie jesteśmy niedobre. Jesteśmy strasznie niegrzeczne dziewczynki. 

Po chwili spojrzała mi w oczy i dodała jeszcze: 

-No i jak ci jest, Julian? Jak się czujesz? Cieszysz się, że tak bardzo cię wykorzystałyśmy?

Kiedy nadejście kolejnego orgazmu rozciągało się w czasie i nie wiadomo było, czy w ogóle się pojawi, Grace, chcąc przyspieszyć ten etap, zbliżyła się do siostry od tyłu i pochyliła nieco. Jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi, ale czułem, że będzie to coś nietypowego. Wyciągnęła dłonie w kierunku moich jąder, chwyciła za nie i szarpnęła do dołu. To było tak bezceremonialne i zuchwałe, że kompletnie mnie zaskoczyło. Tym samym dokończyła dzieła, zmuszając mnie, bym zebrał w sobie wszystkie siły, naprężył się i strzelił gorącą spermą wprost w jej wilgotną pizdeczkę. Nim zdążyłem się zorientować, mojego gardła wydobył się głośny przeciągły jęk.

Po tym, co się stało tego dnia, dotarło do mnie, że jestem strasznym rozpustnikiem i łobuzem seksualnym, najgorszym sortem złoczyńcy i moralnego, który nie oprze się niczemu, co jest związane z ruchaniem.

Zbliżało się południe, słońce stało w zenicie i lało z nieba istne kaskady ukropu. Rozwiązały mnie z niezwykłą czułością, rozcierając moje nadgarstki i kostki stóp, gdzie znajdowałaby się taśma. Zasypialiśmy nago wtuleni swoje rozgrzane ciała. Byliśmy mokrzy od potu, rozgrzani do czerwoności, ale szczęśliwi, bo to była szaleńcza jazda bez trzymanki. No cóż, przynajmniej ja spełniłem swoje marzenie. Tak to czułem.

Chociaż mój pępek był jak rozżarzony kawałek z węgla, jak zbity kotlet, bolał, swędział i piekł przy najmniejszym dotknięciu, doświadczałem niezwykłej ekscytacji. Wraz z tymi jak się mogło wydawać bardzo przykrymi doznaniami mój penis i unosił się i opadał mimowolnie, szarpiąc się w kolejnych falach rozkoszy. Mimo to nie był w stanie dokonać niczego więcej. Fizycznie byłem wykończony. Niestety podstawowe potrzeby życiowe takie jak sen wzięły górę nad niepohamowanym popędem seksualnym.

20 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

261. Mój pępek


Pomimo mojego zmęczenia wciąż napierała na mnie przemożna chęć kopulowania. Tak jakby zablokował się we mnie jakiś przełącznik. Tego uczucia nie mogłem się pozbyć, choćbym nie wiem, jak się starał. Miałem wrażenie, że będzie męczyło mnie do krańcowego wycieńczenia. To było przerażające, a jednocześnie niesłychanie pociągające. Czułem się jak zwierzę, którym w istocie być może byłem.

Oczywiście zdawałem sobie sprawę, co jest do tego przyczyną. Mój pępek płonął żywym ogniem i miałem wrażenie, że za chwilę mi odpadnie. To doświadczenie było rozkosznie słodkie, a jednocześnie nieznośnie przykre. Obydwie te fale zalewały mnie z dwóch, stron mieszając się i powodując totalny zamęt w mojej głowie i ciele.

Mój pępek to osobny rozdział historii mojego życia. Mógłbym napisać o nim cały referat, a nawet opasłą książkę. Należę do ludzi, którzy uwielbiają ten typ zabawy. Tak było kiedyś i tak jest teraz. Chociaż kiedyś nie zdawałem sobie z tego sprawy, przynajmniej nie do końca. Odkrywałem tę dziedzinę mojego życia i wszystko było dla mnie zupełnie nowe, świeże i niezwykle fascynujące.

Ta część mojego ciała była (i jest) szczególnie wrażliwa i podatna na różnego typu bodźce oraz pieszczoty. No cóż, pokrzywa była najbardziej adekwatnym przykładem moich niezbyt popularnych upodobań w tym względzie. To był właśnie moment, kiedy miałem wrażenie, jakbym odkrył Amerykę. Zdobywałem nowe przyczółki mojego jestestwa, mojego świata. 

Jej delikatne, subtelne ruchy biodrami na boki oraz rytmiczne, pulsacyjne zaciskanie cipki trwało jakiś czas, a później, jakby wyczuwając odpowiedni moment i chcąc przyspieszyć cały proces, wyciągnęła dłoń i dotknęła mojego pulsującego, intensywnym, piekącym bólem pępka. Niby wiedziałem, co się stanie, ale wciąż było to dla mnie totalnym zaskoczeniem.

Szarpnąłem się intensywnym skurczu i westchnąłem z rozkoszy, a przed moimi oczami pojawiły się kolorowe gwiazdki i kółeczka. Znów czułem, że jestem w niebie i miałem ochotę na kolejne bzykanko.

Tymczasem Amelia, patrząc mi prosto w oczy, włożyła palec środkowy w sam środek owej napęczniałej, spuchniętej kuli, która miała przypominać mi, że wcześniej tam była ta część mojego ciała, która nazywa się pępkiem i wykonała kilka świdrujących ruchów. 

To, co się stało chwilę później, było trudne do opisania. Niezwykle silne doznania wyrwały moją świadomość z posad rzeczywistości, a w penisie u jego korzenia zbierała potężna chuć. Znów chciałem, znów pragnąłem seksu. Już pragnąłem spuścić się głęboko w jej cipkę porządną porcją mojego nasienia.

Żeby podkreślić jeszcze bardziej gorącą atmosferę, odezwała się niezwykle słodkim i głębokim głosem: 

-I co kotku, dobrze ci ze mną? Dobrze ci z moją cipką? Jak się czujesz, kiedy bzykają cię dwie bliźniaczki? Dobrze ci z nami, Julian?

Nie umiałem się powstrzymać, aby nie odpowiedzieć w takim samym tonie.

-Och tak, och tak, - dyszałem ciężko, - chcę jeszcze. Proszę, zgwałćcie mnie jeszcze raz.

W tym samym momencie Grace, która do tej pory uważnie się nam przyglądała, gdzieś zniknęła. Nie było jej przez jakiś czas, a kiedy wróciłem, trzymała w ręku butelkę wody. Nie miałem pojęcia, po co to przyniosła aż do momentu, kiedy kilka dużych kropel spadło wprost w mój spuchnięty do granic możliwości pępek. Ale nawet i teraz zastanawiałem się, jaki jest cel takiego działania.

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

13. Pełna jego męskości Trzymał ją za potylicę – dłoń jego, ciepła i pewna, palce wplatające się głęboko we włosy u nasady głowy, nie ściska...