Szukaj na tym blogu

13 sierpnia 2024

Ostatnie wakacje.

254. On już nie czuje zbyt wiele.


Zbliżało się południe, a słońce na niebie paliło jak rozżarzony piec. Bez głębokiego cienia pod drzewami byłoby trudno wytrzymać w tej piekącej gorączce. Leżałem nagi na grubym kocu, pozbawiony nie tylko ubrania, ale także wszelkiej godności. Choć koc był  gruby i miękki, nie zapewniał jednak komfortu w obliczu sytuacji, w jakiej się znalazłem. Rozciągnięty jak struna, czułem się jak ofiara: bezsilny i bezbronny, uwięziony w tej bezlitosnej sytuacji.

Moje ręce i nogi były związane srebrną taśmą klejącą, która przypominała te używane do reperacji starych samochodów. Trzymała mnie mocno, nie dając najmniejszej nadziei na ucieczkę. Szarpanie się nic nie dało. To było bez sensu. Czułem się tak, jakbym był uwięziony w pajęczynie moich własnych lęków i niepewności.

Byłem jak skrępowane zwierzę prowadzone na rzeź, a każdy ruch, każde bicie serca, przybliżało mnie do momentu, który zdawał się być nieunikniony.

Byłem spocony jak mysz. Każdy centymetr mojego ciała pokryty był drobniutkimi kropelkami potu, które mieniły się w słońcu jak tysiące małych klejnotów. Żar słońca sprawiał, że pocenie się było nieuniknione, a moje ciało wydawało się promieniować gorącem.

Wszystkie moje mięśnie były napięte do granic możliwości pod wpływem intensywnego bólu, pieczenia i swędzenia. Każdy ruch, każde drgnięcie, przypominało mi o mojej tragicznej sytuacji, gdzie cierpienie stawało się nieuchronną normą. Moje ciało było jak instrument, na którym grano pieśń cierpienia, a ja byłem uwięziony w rytmie własnej niemocy.

Uniosłem głowę i spojrzałem na swój brzuch, by zobaczyć, jak moje ciało staje się polem bitwy w rękach tych pięknych, a zarazem bezlitosnych kobiet. Amplituda moich uczuć była ogromna: z jednej strony widok był przerażający, z drugiej zaś czułem się niemal euforycznie w tym stanie chaosu.

Mój pępek, wcześniej tylko niewielką enklawą spokoju, teraz prezentował się jak wielka, czerwono-fioletowa śliwka, pulsująca żywym bólem. Każda chwila tylko pogłębiała jego obrzęk, sprawiając, że wyglądał, jakby był gotowy eksplodować w każdej sekundzie. Nie wiedziałem, kiedy to wszystko się zatrzyma, a wizja tego, co jeszcze przede mną, napawała mnie zarówno lękiem, jak i niesamowitą ekscytacją.

Ból, pieczenie i swędzenie mieszały się ze sobą, tworząc symfonię cierpienia, której intensywność przekraczała wszelkie granice wytrzymałości. A mimo to, pragnąłem tego każdą komórką swojego istnienia, czując, że to doświadczenie jest jak próba, której muszę się poddać.

Dziewczyny siedziały po obu stronach moich ud, a ich spojrzenia pełne chłodnej ciekawości, przyklejone były do mego ciała niczym lodowate krople deszczu. Obserwowałem, jak Amelia przechyla głowę, zastanawiając się nad skutecznością swojego okrutnego eksperymentu.

-Jak myślisz, Grace, gdzie jeszcze możemy zaaplikować te pozostałe gałązki? Wydaje mi się, że on już nie czuje zbyt wiele, - zapytała, spojrzawszy na swój opuchnięty brzuch.

-Rzeczywiście, masz rację. Jego pępek jest tak spuchnięty i twardy, że trudno jest mu cokolwiek poczuć. Szkoda, bo jeszcze mamy osiem kawałków pokrzywy, - odpowiedziała Grace, analizując sytuację z wymownym spojrzeniem.

-Tak, właśnie! Cztery małe i cztery duże. To straszne, że tak szybko się poddał. Nie możemy pozwolić, aby to się zmarnowało. Musimy zaaplikować mu je wszystkie, - zdecydowanie potwierdziła Amelia, jej głos pełen zimnego zapału, jakby to był kolejny etap ich okrutnej gry.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...