267. Zakochać się w nich było dziecinnie proste.
No cóż, i jeszcze jedno: do tej pory myślałem, że one to wszystko robią tylko dla mnie. Ale byłem w błędzie. To nie tak działało. One po prostu czuły swój niespożyty seksapil, emanowały nim z każdym gestem i ruchem. Czuły się z tym dobrze i nie ukrywały tego nawet przed samymi sobą. Były po prostu naturalne i piękne w swojej pewności siebie. A to, że jakiś chłopak na ich widok się pocił i ślinił, no cóż, to już była jego sprawa.
Ich ruchy, niczym taniec uwodzicielek, hipnotyzowały i rozpalały zmysły. Spojrzenia, niczym błyskawice, trafiały prosto w serce. Uśmiechy, niczym promienie słońca, rozświetlały nawet najciemniejszy dzień.
One wiedziały, że są piękne i nie bały się tego pokazać. Ale nie robiły tego z arogancją, lecz z pewnością siebie wynikającą z głębokiej akceptacji samej siebie.
Ich seksapil nie był sztuczny. Nie opierał się na makijażu, wyzywających strojach czy prowokujących gestach. Wychodził z wnętrza, z ich naturalnego uroku, z ich pewności siebie i z ich radości życia.
I to właśnie było w nich najbardziej pociągające. Były autentyczne, prawdziwe i szczere. Nie udawały nikogo innego, nie grały ról. Były po prostu sobą – pięknymi, seksownymi i pewnymi siebie kobietami.
A to, że mężczyźni tracili dla nich głowy, no cóż, to było po prostu naturalną konsekwencją ich magnetycznej osobowości.
Ja byłem tylko małym elementem w tej skomplikowanej układance życia. Do tej pory nie byłem częścią ich barwnej mozaiki, nie miałem wpływu na ich losy. Znalazłem się tu niczym zbłąkany wędrowiec, przypadkiem trafiając do ich bajecznego świata. Wygrałem na loterii losu, doświadczając pięknych chwil u ich boku. Wziąłem to, co mi ofiarowały — ulotne chwile szczęścia i radości — i wiedziałem, że należy to uszanować niczym bezcenny skarb.
Nie wiedziałem, co przyniesie przyszłość, jak potoczą się nasze losy. Nie miałem prawa żądać więcej, niż to, co już otrzymałem. W moim sercu tliła się jednak maleńka iskierka nadziei, że nasza znajomość nie zakończy się na tym jednym, magicznym dniu, na tej jednej wakacyjnej przygodzie. Pragnąłem czegoś więcej, czegoś trwałego, co połączyłoby nas na zawsze. Ale to była tylko moja nadzieja, krucha niczym pajęcza nić, drżąca na wietrze niepewności.
Patrzyłem na nie, na ich rozpromienione twarze, na ich figury skąpane w blasku zachodzącego słońca, i czułem żal ściskający mi gardło. Wiedziałem, że czas nieubłaganie mija, a ten raj ziemski wkrótce się skończy. Musiałem pożegnać się z nimi, wrócić do swojej codzienności, do szarej rzeczywistości. Ale w moim sercu na zawsze pozostanie wspomnienie tych cudownych chwil, niczym skarb schowany w najgłębszej szufladzie pamięci.
Miałem nadzieję, że kiedyś nasze drogi znów się skrzyżują, że los da nam drugą szansę na szczęście. Ale to była tylko nadzieja, niczym delikatny kwiat rozkwitający na skale niepewności.
Doprawdy, zakochać się w nich było dziecinnie proste. W jednej, w drugiej, a może nawet w obu naraz. Nie wiedziałem, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłem. Nie czułem miłości w klasycznym tego słowa znaczeniu, ale to, co czułem, było równie fascynujące i pochłaniające. Czułem tęsknotę za czymś egzotycznym, nieznanym, za czymś, co tliło się głęboko w mojej duszy niczym skryty żar. One były spełnieniem moich najskrytszych marzeń, moich niewypowiedzianych pragnień, moich snów o idealnych kobietach. Były wszystkim tym, czym ja sam tak wiele razy bałem się być – wolne od uprzedzeń, pruderii i zaściankowych ograniczeń.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz