249. Ognisty impuls
Na kawałku tektury tuż obok mnie ułożyły ucięte wierzchołki pokrzyw, jakby przygotowując ofiarę na ołtarz cierpień. Następnie, żyletką bardzo precyzyjnie dzieliły je na coraz mniejsze części, jak chirurdzy przygotowujący się do operacji. Byłem zafascynowany i przerażony tym widokiem, który jawił mi się jak koszmar sennych wizji. Ich ruchy były zimne i bezlitosne, jak ostrza stalowych noży, gotowe wbić się w najdelikatniejsze obszary mojego ciała.
Oddzielały i odrzucały mniej atrakcyjne części roślin, a zostawiały tylko te, na których było najwięcej parzących włosków, które miały za chwilę sprawić mi piekielny ból. Po chwili na kartonie leżały już tylko ogonki liści oraz górne części łodyg, ułożone równo jedna obok drugiej, jak symetryczne symbole mojej nadchodzącej agonii. Czekały na zetknięcie z moim delikatnym ciałem, a ja wiedziałem, co za chwilę mnie czeka i po mojej skórze już biegały nieprzyjemne dreszcze, jak mrówki uciekające przed płonącym ogniem. Tymczasem penis w moich spodniach o mało nie eksplodował rozsadzany wewnętrznym ciśnieniem. Poparzenie mojego pępka miało być kosmicznie i boleśnie rozkosznym doświadczeniem, doświadczeniem, którego bardzo długo miałem nie zapomnieć.
-Amelia, chyba nie myślisz poważnie, - zacząłem, próbując jakby powstrzymać ją przed ostatecznym wykonaniem wyroku, ale mój głos zdawał się zaginąć w pustce, jak echo w głębinach piekła.
Tak naprawdę pragnąłem tego całym sobą, pragnąłem, a jednocześnie potwornie się bałem. Nie umiałem tego wytłumaczyć.
Spojrzała mi prosto w oczy, a jej spojrzenie było jak lodowaty sztylet wbijający się prosto w moją duszę. Pokiwała głową na znak, że nic ją nie powstrzyma przed zrobieniem tego, co zamierzała.
Rozrywały mnie skrajnie różne uczucia. Wpadłem w panikę i zacząłem się szarpać, ale taśma, która do tej pory rozkładała się równo na moich nadgarstkach i kostkach, teraz zsunęła się w wąski pasek i wrzynała się w moje ciało, sprawiając dodatkowy ból. W końcu się poddałem, wiedząc, że to nie ma sensu. Bałem się jednak okrutnie, czekając na to, co mnie czekała, jak skazaniec czekający na wykonanie wyroku.
Wzięła jeden kawałek pokrzywy. Miał długość około dwóch centymetrów, był ciemnozielony i najeżony białymi włoskami, które wydawały się migotać w świetle, jak małe ostrza gotowe do zadania bólu. Dwoma palcami zbliżyła go do mojej twarzy, bym mógł sobie to narzędzie zbrodni dokładnie obejrzeć, jakby chciała, abym miał przed oczami swoją przyszłą mękę. Miałem wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę. Podniecenie i przeraźliwy lęk mieszały się ze sobą.
Znowu zacząłem się szarpać i wyrywać, ale nic to nie dało. Byłem uwięziony w pajęczynie taśmy klejącej, która owijała moje ciało jak sidła śmierci, i czułem, że nie ma ucieczki przed tym, co miało nastąpić.
-Amelia, nie wygłupiaj się, proszę cię, co ty robisz? – niemal błagałem, w tonie desperacji i przerażenia, ale ona pozostała niewzruszona, jak wykonawca wyroku, który już zapadł.
Następnie przeszła do realizacji swojego celu. Bez cienia skrupułów zbliżyła ów kawałek zielonej zbrodni do mojego pępka, jak kapłanka ofiarująca skład na ołtarz. Na chwilę zatrzymała się kilka milimetrów od mojej skóry, jakby chciała przedłużyć moment oczekiwania, a później delikatnie dotknęła, jakby zaklęła wyrocznię.
Nim zdążyłem sobie cokolwiek uświadomić, z mojego gardła wydobył się przemożny krzyk cierpienia, jakby moje ciało rozdzierało się na strzępy pod naporem nieznośnego bólu. Choć liczyłem na choćby krótką chwilę wytchnienia, zaraz później znów doświadczyłem przenikliwego, piekącego bólu dokładnie w tym samym miejscu, jakby strzała zaplątana w pajęczynę taśmy uderzyła we mnie ponownie. Myślałem, że skonam pod naporem męki, a jednocześnie czułem się jakby elektryzowany, ognisty impuls przemierzający każdą moją komórkę. Chciałem jeszcze i jeszcze, a nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, jakbym był ofiarą jakiegoś zaklęcia, które wciągało mnie coraz głębiej w wir szaleństwa i ekstazy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz