256. Zimny dotyk szatana
Spojrzałem na swojego penisa i oczom nie wierzyłem. Zamiast normalnego członka dużego, bo dużego, ale jednak w miarę o ludzkich kształtach i rozmiarach zobaczyłem prawdziwego giganta, monstrum, przerośnięte, oplecione całą siatką grubszych i cieńszych, fioletowo-purpurowych żył. Nie mogłem uwierzyć, że należy do mnie. Nie mogłem też pojąć, jak później będzie mieścił się w spodniach.
Na jego szczycie był wielki czerwony łeb z okrężną grubą żyłą, która nawet w podmuchach powietrza pulsowała, drżała i była na granicy orgazmu. Mój kutas był jednym wielkim orgazmem, jedną gigantyczną rozkoszą.
To, co wydarzyło się potem, było niczym nieubłagany armagedon — koniec mojego świata, mojego dawnego życia jako grzecznego Juliana. To doświadczenie odmieniło mnie nieodwracalnie, sprawiając, że stałem się zupełnie inną osobą. Obydwie kobiety podchodziły do tego zadania z chirurgiczną precyzją, nie pomijając nawet najdrobniejszego detalu.
Grace przytrzymała mój pępek, rozwarła to, co jeszcze z niego zostało, i wydostała na zewnątrz, na światło dzienne, na dotknięcia palących bezlitośnie pokrzyw. Amelia zaś, odziana w lateksowe rękawiczki, precyzyjnie wybierała duże, grube gałązki, dotykając każdego obszaru bez żadnych ograniczeń. Trafiała nie tylko w pępek, ale również w jego otoczenie, wywołując u mnie piekący żar, który promieniował na cały brzuch. Miałem wrażenie, że w centrum mojego ciała tkwi potężny wulkan, gotowy wybuchnąć w każdej chwili.
Jeśli dotąd wydawało mi się, że dziewczyny były okrutne i bezlitosne, to byłem w okropnym błędzie. Najgorsze było jeszcze przede mną. Z ich zachowania zniknął choćby najmniejszy cień delikatności i współczucia. Dotykały mnie nie tylko końcami gałązek, ale także ich bokiem, w każdym miejscu, gdzie tylko znajdowały się parzące włoski.
Gdy zużyły już wszystko, co leżało na kartonie, nie poprzestały na tym. Wydawało się, że ta sytuacja tylko je pobudziła do jeszcze większej bezwzględności. Śmiejąc się, poszły w pobliskie krzaki i przyniosły kolejne pokrzywy. Tym razem były to większe części roślin. Były to całe liście, które zwijały, aby móc je użyć, a potem bezlitośnie dotykały miejsc, które jeszcze niedawno było moim pępkiem. Teraz zaś stanowiło jedną wielką ranę. Ta rana, sprawiając mi traumatyczne cierpienia, jednocześnie dostarczała gigantycznie rozkosznych doznań. Z każdym dotknięciem czułem, jakbym wystrzelał w kosmos, ponad granice zwykłej ludzkiej percepcji.
Nie wiedziałem już, kim jestem, a nawet jak mam na imię. Wydawało się, że straciłem kontakt z własną tożsamością, zatopiony w wirze bólu i ekstazy. Moje jęki przypominały wydawane przez zwierzę, niekiedy głośne i przeraźliwe, jak skowyt wilka, innym razem łagodne, niemal płaczliwe, jak skarga dziecka. Ale czy to było jęk z bólu, czy raczej z rozkoszy? Sam nie umiałem tego określić, tak jak i nie potrafiłem zrozumieć, co tak naprawdę się ze mną dzieje.
Gdy dziewczyny skończyły, pozostałem w stanie skrajnego wyczerpania. Byłem mokry od potu, płonący na każdym centymetrze skóry, miotany konwulsjami cierpienia i równocześnie doznań, których nigdy wcześniej nie zaznałem. Ciężko dysząc, próbowałem skupić wzrok na chmurach, unoszących się powoli nad moją głową, ale bezskutecznie. Szum drzew brzmiał jak potężny wodospad, a ja czułem się jak gorące ognisko, które jeszcze długo będzie tlić się w moim wnętrzu.
Nade mną unosił się ich histeryczny śmiech — miękki, słodki, a zarazem przenikliwie chłodny, jak zimny dotyk szatana. Wzbudzał we mnie dreszcz, który przeszywał moje wyczerpane ciało niczym lodowaty sztylet.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz