270. Jak pies gończy
Nie byłem w stanie się skupić. W głowie miałem kompletny mętlik. Cały czas stał mi przed oczami ten jeszcze bardzo świeży obraz ślicznej Amelii — niebieskookiej blondynki o włosach tak pięknie układających się w falujące loki, że aż dech zapierało, tej Amelii ze sterczącymi krągłymi cycuszkami rytmicznie kołyszącymi się pod zbyt luźną białą bluzeczką, Amelii z soczystą cipeczką skrywającą się pod niebieskimi krótkimi jeansami. Chciałem ją mieć w swoich ramionach, chciałem kochać się z nią do utraty tchu.
No tak, ale miałem myć ręce. To miała być prosta czynność, niezajmująca więcej niż trzy minuty. Dlaczego więc tego jeszcze nie zrobiłem? Dlaczego wciąż czekałem, wpatrując się w owo wybrzuszenie w moich spodniach? Odpowiedź była prosta, wręcz banalna – prowadziłem ze sobą wojnę. Choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, poświęciłem temu mnóstwo energii.
“Ty nie możesz tego zrobić” - powtarzałem w myślach, - “nie możesz tam zajrzeć, bo jak to zrobisz… Wiesz co, po prostu umyj te ręce i wyjdź z tej łazienki. Tak będzie lepiej.”
Jednak nie zrobiłem tego, nie zrobiłem nic, by temu zapobiec. Szatański plan już wszedł w życie. Już przegrałem, przegrałem na wszystkich frontach. Upewniłem się tylko, czy drzwi do łazienki są zamknięte, były, a później delikatnie odciągnąłem gumkę luźnego dresu i zajrzałem do środka.
Wielki kutas sterczał niczym rakieta gotowa do startu. Gruby, napęczniały do granic wytrzymałości, opleciony mnóstwem fioletowych żył z wielką w kształcie kapelusza głowicą, lśniącą i wypolerowaną buławą gotową wejść jeszcze raz w ciasną, mokrą cipeczkę którejś z lasek i zrobić to, co potrzeba. Ten łobuz był dokonać tego dzieła zniszczenia, a ja nie mogłem temu zapobiec.
A może miałem jeszcze szansę? Gdybym się tylko dobrze postarał… Dlaczego nie myłem tych rąk? Dlaczego robiłem coś zupełnie innego? Dlaczego czekałem, zastanawiając się, a każda minuta sprowadzała mnie na manowce? Na te pytania nie znalazłem odpowiedzi. Chociaż może i znałem — odpowiedź była jedna.
Słyszałem, jak dziewczyny śmiejąc się, ustawiają talerze na stole. Smaczny kurczak już tam na mnie czekał, ale nawet to nie skłoniło mnie do zmiany zachowania. Działałem jak na autopilocie. Zsunąłem spodnie do dołu. Chwyciłem materiał po obu stronach moich ud delikatnie w dwa palce i pociągnąłem do dołu, uwalniając mojego spragnionego zaganiacza. Cóż mogłem powiedzieć, to był początek katastrofy.
Czekał na moje dalsze zachowanie, w każdej chwili gotowy do pracy, jak pies gończy. Ja sam za chwilę miałem go spuścić ze smyczy. Jak mogłem tak się zachowywać? Och nie Julian, nie!
Mój pępuszek, który dostarczył mi tak ogromnej ilości dzikich doznań, był jeszcze mocno podrażniony. Co prawda opuchlizna w większości już zeszła, ale to nie miało znaczenia, bo wciąż czułem intensywne pieczenie i swędzenie w tej okolicy, a kiedy dotknąłem go palcem, po moich plecach przechodził intensywny dreszcz rozkoszy. To był dreszcz, który nakazywał mi zrobić to, co było mi przeznaczone.
To, co się działo później, było trudne do wytłumaczenia. Jakiś szatański głos podpowiadał mi: “Julian, przecież nic się takiego nie stanie, jak weźmiesz go w swoją dłoń i wykonasz kilka ruchów, w jedną i w drugą stronę. Przecież nic nie będzie słychać, nikt nic nie zauważy. No i nie musisz tego doprowadzać do końca, wystarczy tylko, że troszeczkę się nim pobawisz. To wystarczy”. Ale wiedziałem, że to jest zgubne, że tak nie można, bo na tym się nie skończy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz