28. Przed Atelier już stała kolejka
Po wszystkim znowu zmiana.
– Teraz moja kolej – powiedziała, wstając (chlup!) i siadając z powrotem twarzą do mnie.
Usiadłem jej na kolanach, jak dziecko.
Wzięła gąbkę, mydło i zaczęła myć mi włosy – powoli, palcami masując skronie, kark, uszy. Polewała mnie kubkiem, woda spływała mi po twarzy, po piersiach. Potem ja wstałem, ona usiadła, a ja uklęknąłem przed balią z zewnątrz – myłem jej stopy, łydki, uda, całując każdy centymetr, który przed chwilą umyłem.
– Wiesz – powiedziałem, unosząc jej stopę i całując palce – to najdroższa kąpiel świata.
– I najpiękniejsza – dodała, przeczesując mi mokre włosy.
Siedzieliśmy tak długo, aż woda zrobiła się letnia, aż słońce przesunęło się wyżej, aż para opadła na belki sufitu jak mgła.
Wyszliśmy dopiero, gdy oboje byliśmy czyści, pachnący, z rumieńcami na policzkach i z przekonaniem, że ta balia to najlepsze, co kiedykolwiek kupiła stara kamienica przy Obrońców Westerplatte.
Bo w osiemnastu metrach kwadratowych można pomieścić cały wszechświat – jeśli tylko jest się we dwoje.
***
Pod klatkę podjechał samochód, który wyglądał jak wyjęty z innego czasu.
Bordowa Warszawa M20, rok 1957, chromy błyszczały w wieczornym słońcu, lakier głęboki jak wino, szyby opuszczone, z głośników cicho sączyła się Nina Simone.
– O kurczę… – wyrwało mi się. – Warszawa.
Za kierownicą siedział wysoki, szczupły chłopak z długimi włosami związanymi w kucyk i spiczastą bródką. Kiedy Lilia podeszła, pocałował ją w policzek – krótko, po bratersku – ale ja i tak poczułem ukłucie w mostku.
– Daniel – przedstawiła go, chwytając mnie za rękę. – Mój brat. Gitarzysta. I kierowca zabytków. Nie bądź zazdrosny, głuptasie.
– Brat? – uniosłem brew. – Na pewno nie kuzyn, nie były chłopak, nie tajny kochanek?
Daniel parsknął śmiechem, wysiadł i podał mi rękę.
– Spokojnie, stary. Ona od dziecka śpiewała mi do ucha, kiedy próbowałem spać. Żadnych szans na romans.
Lilia przewróciła oczami, ale ścisnęła mnie mocniej.
– Widzisz? Zazdrość ci ładnie wychodzi. Ale zostaw trochę na później.
Wsiedliśmy z tyłu. Skórzana kanapa pachniała starym drewnem i benzyną. Daniel wrzucił bieg, Warszawa zaryczała miękko i ruszyliśmy Monciakiem w stronę piwnicy.
Kostium z rybką został w domu – mimo heroicznych prób nie dało się go doprać.
Zamiast niego Lilia włożyła coś, co sprawiło, że prawie zapomniałem, jak się oddycha.
Obcisłe, ciemne jeansy na bardzo niskim stanie – pasek skórzany, biodra podkreślone tak, że każdy krok wydawał się prowokacją. Góra… Boże, to nawet nie było ubranie. Czarno-białe paski, coś pomiędzy crop-topem a bandeau, związane na szyi i na gołych plecach cienkimi troczkami. Brzuch całkowicie odkryty – płaski, opalony, z delikatnym błyskiem olejku. Piersi idealnie zarysowane, sutki ledwie widoczne pod materiałem. Wyglądała jak marynarska syrenka, która właśnie wyszła z morza i postanowiła zdobyć ląd.
– I co, Kuba? – zapytała, obracając się do mnie w aucie. – Lepiej niż rybka?
– Rybka poszła na emeryturę – odparłem. – Teraz rządzi kapitan.
Daniel spojrzał w lusterko i zaśmiał się.
– Uważaj, siostra. Ten facet ma dobry gust.
Przed Atelier już stała kolejka.
Zeszliśmy schodami w dół – ceglane ściany, zapach starego drewna, wosku i morza przez otwarte okienka. W środku dokładnie tak, jak pamiętałem: scena na poziomie podłogi, krzesła, poduchy, dwa reflektory, świece w słoikach. Tyle że teraz siedziałem w pierwszym rzędzie – dokładnie tam, gdzie tydzień temu wszystko się zaczęło.
Daniel podszedł do mnie przed wejściem na scenę.
– Stary, jak będziesz chciał autograf, to potem. Teraz nie ruszaj się z miejsca, bo ona śpiewa dla ciebie.
Lilia wyszła ostatnia.
Najpierw cisza.
Potem burza oklasków.