Szukaj na tym blogu

2026-01-31

Czerwona rybka

28. Przed Atelier już stała kolejka


Po wszystkim znowu zmiana.

– Teraz moja kolej – powiedziała, wstając (chlup!) i siadając z powrotem twarzą do mnie.

Usiadłem jej na kolanach, jak dziecko.

Wzięła gąbkę, mydło i zaczęła myć mi włosy – powoli, palcami masując skronie, kark, uszy. Polewała mnie kubkiem, woda spływała mi po twarzy, po piersiach. Potem ja wstałem, ona usiadła, a ja uklęknąłem przed balią z zewnątrz – myłem jej stopy, łydki, uda, całując każdy centymetr, który przed chwilą umyłem.

– Wiesz – powiedziałem, unosząc jej stopę i całując palce – to najdroższa kąpiel świata.

– I najpiękniejsza – dodała, przeczesując mi mokre włosy.

Siedzieliśmy tak długo, aż woda zrobiła się letnia, aż słońce przesunęło się wyżej, aż para opadła na belki sufitu jak mgła.

Wyszliśmy dopiero, gdy oboje byliśmy czyści, pachnący, z rumieńcami na policzkach i z przekonaniem, że ta balia to najlepsze, co kiedykolwiek kupiła stara kamienica przy Obrońców Westerplatte.

Bo w osiemnastu metrach kwadratowych można pomieścić cały wszechświat – jeśli tylko jest się we dwoje.


***


Pod klatkę podjechał samochód, który wyglądał jak wyjęty z innego czasu.

Bordowa Warszawa M20, rok 1957, chromy błyszczały w wieczornym słońcu, lakier głęboki jak wino, szyby opuszczone, z głośników cicho sączyła się Nina Simone.

– O kurczę… – wyrwało mi się. – Warszawa.

Za kierownicą siedział wysoki, szczupły chłopak z długimi włosami związanymi w kucyk i spiczastą bródką. Kiedy Lilia podeszła, pocałował ją w policzek – krótko, po bratersku – ale ja i tak poczułem ukłucie w mostku.

– Daniel – przedstawiła go, chwytając mnie za rękę. – Mój brat. Gitarzysta. I kierowca zabytków. Nie bądź zazdrosny, głuptasie.

– Brat? – uniosłem brew. – Na pewno nie kuzyn, nie były chłopak, nie tajny kochanek?

Daniel parsknął śmiechem, wysiadł i podał mi rękę.

– Spokojnie, stary. Ona od dziecka śpiewała mi do ucha, kiedy próbowałem spać. Żadnych szans na romans.

Lilia przewróciła oczami, ale ścisnęła mnie mocniej.

– Widzisz? Zazdrość ci ładnie wychodzi. Ale zostaw trochę na później.

Wsiedliśmy z tyłu. Skórzana kanapa pachniała starym drewnem i benzyną. Daniel wrzucił bieg, Warszawa zaryczała miękko i ruszyliśmy Monciakiem w stronę piwnicy.

Kostium z rybką został w domu – mimo heroicznych prób nie dało się go doprać.

Zamiast niego Lilia włożyła coś, co sprawiło, że prawie zapomniałem, jak się oddycha.

Obcisłe, ciemne jeansy na bardzo niskim stanie – pasek skórzany, biodra podkreślone tak, że każdy krok wydawał się prowokacją. Góra… Boże, to nawet nie było ubranie. Czarno-białe paski, coś pomiędzy crop-topem a bandeau, związane na szyi i na gołych plecach cienkimi troczkami. Brzuch całkowicie odkryty – płaski, opalony, z delikatnym błyskiem olejku. Piersi idealnie zarysowane, sutki ledwie widoczne pod materiałem. Wyglądała jak marynarska syrenka, która właśnie wyszła z morza i postanowiła zdobyć ląd.

– I co, Kuba? – zapytała, obracając się do mnie w aucie. – Lepiej niż rybka?

– Rybka poszła na emeryturę – odparłem. – Teraz rządzi kapitan.

Daniel spojrzał w lusterko i zaśmiał się.

– Uważaj, siostra. Ten facet ma dobry gust.

Przed Atelier już stała kolejka.

Zeszliśmy schodami w dół – ceglane ściany, zapach starego drewna, wosku i morza przez otwarte okienka. W środku dokładnie tak, jak pamiętałem: scena na poziomie podłogi, krzesła, poduchy, dwa reflektory, świece w słoikach. Tyle że teraz siedziałem w pierwszym rzędzie – dokładnie tam, gdzie tydzień temu wszystko się zaczęło.

Daniel podszedł do mnie przed wejściem na scenę.

– Stary, jak będziesz chciał autograf, to potem. Teraz nie ruszaj się z miejsca, bo ona śpiewa dla ciebie.

Lilia wyszła ostatnia.

Najpierw cisza.

Potem burza oklasków.

2026-01-30

Czerwona rybka

27. Jesteś moją poduszką


Wciąż w tym rozciągniętym, poplamionym stroju, podeszła do kantorka w rogu, otworzyła drzwi i wyciągnęła zwijaną, grubą matę wełnianą. Rzuciła ją na podłogę z teatralnym gestem.

– Pomóż mi, kochanie.

Śmiejąc się jak dzieci, chwyciliśmy stolik – ten sam, na którym przed chwilą była moim całym światem – i przesunęliśmy go pod ścianę, tuż obok gramofonu. Potem razem wytaszczyliśmy balię: ciężką, zieloną, emaliowaną, na lwich łapach. Postawiliśmy ją dokładnie na środku, pod wielkim oknem dachowym, gdzie jeszcze pięć minut temu kochaliśmy się jak szaleni.

– To moje miejsce mocy – powiedziała Lilia, poprawiając matę pod spodem. – Stolik poczeka w kącie. A my… my teraz będziemy się kąpać pod niebem.

Zerknęła na wiszący na sznurku kostium – teraz już całkowicie „nasz” – i uśmiechnęła się znacząco.

– Chociaż… może zostawimy kilka śladów. Żeby czerwona rybka pamiętała, kto jest jej panem.

I zaczęła napełniać balię: czajnik po czajniku, para unosiła się pod skośny sufit, zapach grejpfruta i rozmarynu mieszał się z nami. Stałem nagi, wciąż półtwardy, patrzyłem na nią i wiedziałem, że za żadne skarby świata nie oddam tej kobiety.

Bo właśnie w tej chwili, w osiemnastu metrach kwadratowych poddasza, pod sierpniowym niebem Sopotu, dostałem wszystko, o czym marzyłem – i o czym nawet nie śmiałem marzyć.

Woda była już idealna – gorąca, pachnąca grejpfrutem i rozmarynem, z lekką mgiełką pary unoszącą się pod skośny sufit. Balia stała na środku pokoju jak zielony ołtarz, złote popołudniowe światło wpadało przez okno dachowe i tańczyło na emalii.

Wszedłem pierwszy. Ostrożnie, bo nogi jeszcze drżały po wszystkim, co się działo. Usiadłem głęboko, woda sięgnęła mi do pasa, kolana pod brodę. Lilia patrzyła na mnie z brzegu, naga, z mokrymi śladami po kostiumie na biodrach i piersiach.

– No dalej, syrenko – powiedziałem, wyciągając rękę.

Weszła powoli, stając w balii – nogi po obu stronach moich bioder, ręce oparła na moich ramionach. Woda chlupnęła, sięgając jej zaledwie do połowy łydek. Stała tak, wysoka, smukła, z kroplami słońca na skórze.

Zacząłem myć ją od dołu.

Najpierw kostki – gąbka sunęła powoli, okrężnymi ruchami. Potem łydki, podkolanowe zagłębienia, wewnętrzna strona ud. Każdy centymetr. Jakby to był ostatni raz. Kiedy doszedłem do miejsca, gdzie woda spływała strumieniem po jej skórze, rozchyliła nogi odrobinę szerzej. Pochyliłem się i pocałowałem ją tam – dokładnie tam, gdzie krople spływały po jej płatkach. Smakowała słoną wodą i sobą.

– Kuba… – westchnęła, zaciskając palce na moich ramionach.

Potem usiadła mi na kolanach – powoli, ostrożnie. Woda podeszła nam pod brody. Jej piersi przycisnęły się do mojej klatki, mokre włosy przykleiły mi się do czoła. Oplotła mnie ramionami, ja ją w pasie. Siedzieliśmy tak, kołysząc się lekko, jakbyśmy byli na łodzi.

– Jesteś pewien, że wytrzymasz drugą rundę w tej mikro-wannie? – szepnęła, gryząc mnie w ucho.

– Przetestujemy – odparłem i pocałowałem ją w szyję.

Po chwili wstała znowu – chlup! – odwróciła się tyłem i usiadła między moimi udami, opierając się plecami o moją pierś. Głowa jej opadła do tyłu, mokre włosy spłynęły mi na ramiona. Woda sięgała nam do sutków. Objąłem ją od tyłu, ręce pod piersiami, palce od razu znalazły stwardniałe antenki.

– Teraz ty jesteś moją poduszką – mruknęła, unosząc biodra o kilka centymetrów.

Wszedłem w nią powoli – tylko główką, ledwie-ledwie.

Nie dało się więcej.

Ale nie trzeba było.

Poruszała się minimalnie – góra-dół, góra-dół – jak fala. Ja tylko trzymałem ją mocno, całując kark, szyję, ucho. Woda wylewała się falami na podłogę, oboje parskaliśmy śmiechem za każdym razem, gdy chlupnęło głośniej.

– Jak zaleje sąsiadom sufit, powiem, że to twoja wina – wysapała.

– Powiem, że to przez syrenkę – odparłem, gryząc ją lekko w ramię.

I wtedy zacisnęła się na mnie mocno – raz, drugi – i doszła cicho, drżąc całym ciałem. Ja zaraz za nią – bez wielkich ruchów, tylko głębokim, długim westchnieniem w jej włosy.

2026-01-29

Czerwona rybka

26. Uwielbiam niegrzecznych chłopców


Nadszedł kolejny orgazm – cichy, głęboki, jakby z samego środka ziemi.

Najpierw ciemna fala – wzrok zalała mi mgła, w uszach jednostajny, oceaniczny szum. Potem wszystko puściło. Ciało przestało być moje. Podbrzusze zaczęło szarpać się w gwałtownych, krótkich skurczach, jeden za drugim, wyrzucając ze mnie gorące, gęste porcje – prosto w nią, w sam środek jej słodkiej cipeczki. Krótkie, niekontrolowane pchnięcia – już bez rytmu, tylko czyste, zwierzęce „daję ci wszystko”.

A potem cisza.

Wysunąłem się powoli. Stała naprzeciwko mnie, dysząca, rozpromieniona, w całkowitym nieładzie.

Kostium – ten święty, czarny kostium – był teraz obrazem naszego szaleństwa:

góra ściągnięta pod piersi, ramiączka zwisały luźno,

dół podciągnięty wysoko nad pępek i rozchylony tam, gdzie powinien zakrywać,

wszędzie drobne, białe kropki i smugi – moje podpisy na jej skórze i materiale.

Wyglądała jak po bitwie, którą oboje wygraliśmy.

Włosy czarne, wilgotne, poskręcane w niesforne pasma, przyklejone do policzków i szyi. Oczy – ogromne, błyszczące, pełne ognia, miłości i lekkiego, figlarnego szoku.

I wtedy zrobiłem coś, czego sam się po sobie nie spodziewałem.

Odwróciłem ją tyłem – delikatnie, ale stanowczo.

Posłusznie, bez słowa, pozwoliła się prowadzić.

Ściągnąłem kostium jeszcze niżej, aż czerwona rybka znów znalazła się dokładnie tam, gdzie jej miejsce – na prawym pośladku.

Potem, bez myślenia, chwyciłem ten kawałek czarnej dzianiny i wytarłem siebie – powoli, bezczelnie, patrząc jej w oczy przez ramię.

Materiał pokrył się nowymi, błyszczącymi śladami.

W jej spojrzeniu mignęło najpierw zaskoczenie, potem lekkie zgorszenie, a zaraz potem – gorąca, rozpalona akceptacja. Uśmiechnęła się pół ustami, przygryzła wargę.

I wtedy, jakby na zawołanie, jakby moje ciało wiedziało lepiej ode mnie – wystrzeliła ostatnia, mała, gęsta porcja. Prosto na czerwoną rybkę.

Trafiła idealnie.

Biała kropelka spłynęła powoli po materiale, jakby pieczęć na akcie własności.

Stałem jak wryty, patrząc na swoje dzieło – na nią, na ten kostium, na ten drobny, obsceniczny, absolutnie doskonały akt.

Lilia odwróciła się powoli, spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała niskim, ochrypniętym głosem:

– Kuba… jesteś naprawdę bardzo, ale to bardzo niegrzeczny chłopiec.

Zrobiła pauzę, podeszła bliżej, musnęła palcem rybkę – teraz już swoją – i dodała szeptem:

– I wiesz co?

Uwielbiam niegrzecznych chłopców.

Zwłaszcza tych, którzy malują po mnie swoje imię.

I pocałowała mnie – długo, głęboko, smakując nas oboje.

A ja wiedziałem, że właśnie dokonało się coś, czego nie da się już cofnąć.

Czerwona rybka nie była już tylko jej znakiem rozpoznawczym.

Teraz była nasza.

Na zawsze.

Gdy tylko ostatnie drżenie opuściło moje ciało, Lilia uniosła głowę z mojej piersi i spojrzała na mnie z tym leniwym, kocim uśmiechem. Włosy kleiły jej się do policzków, kostium wisiał na niej jak sztandar po zwycięskiej bitwie, a na skórze i materiale lśniły drobne, białe ślady naszego szaleństwa.

– Kuba… – zaczęła cicho, przesuwając palcem po jednej z kropli na swoim brzuchu – zostałabym tak do samego wieczora. Brudna, pachnąca tobą, z tobą w środku i na zewnątrz, z poczuciem, że wypełniłeś mnie tyle razy, że już nigdy nie będę pusta.

Ale wieczorem mam koncert. W Atelier, w tej samej piwnicy na Monciaku, gdzie wszystko się zaczęło. Mała scena na poziomie podłogi, surowa cegła, pięćdziesiąt osób na starych krzesłach i poduchach, dwa reflektory, świece w słoikach, otwarte okienka i szum morza w tle…

I wiesz co? Tym razem chcę, żebyś siedział w pierwszym rzędzie. Dokładnie tam, gdzie wtedy. Żebyś patrzył, jak tańczę w tym właśnie kostiumie… tylko teraz będziesz wiedział, co pod nim zostało z dzisiejszego popołudnia.

Pocałowała mnie przelotnie, ciepło, jakby pieczętowała obietnicę.

– Więc musimy się umyć. Obowiązkowo. Bo inaczej nie wytrzymam na scenie – szepnęła i wstała.



2026-01-28

Czerwona rybka

25. Posłuszna, miękka, rozpalona


W pewnym momencie oderwała dłonie od stołu, próbowała się wyprostować. Nie pozwoliłem.

Zsunąłem ramiączka kostiumu z jej ramion, materiał opadł, odsłaniając piersi. Chwyciłem je mocno, od spodu, pod pachami, ściskając tak, że sutki stwardniały mi między palcami.

Ostatnie pchnięcia były już czystym szaleństwem – głębokie, brutalne, niemal bolesne.

Czułem, jak wszystko we mnie się zbiera, jak fala rośnie, jak nie ma już odwrotu.

I wtedy eksplodowałem.

Gorące, gęste, długie strugi – jedna po drugiej – pompowałem w nią tak głęboko, że prawie bolało.

Zawyłem jej imię, wtulając twarz w jej włosy, gryząc ramię, żeby nie krzyknąć za głośno.

A ona zacisnęła się na mnie tak mocno, że przez chwilę widziałem tylko białe światło.

Świat się zatrzymał.

Nie było poddasza, nie było Sopotu, nie było sierpnia ani września.

Było tylko gorąco, mokro, ciasno i nasze dwa serca walące w jednym rytmie.

Kiedy w końcu opadliśmy – ja na niej, ona na stoliku – wciąż byłem w niej, wciąż drżałem, wciąż nie chciałem wyjść.

– Lilia… – wyszeptałem w jej kark, głosem, którego sam nie poznałem.

– Ciiii… – odpowiedziała cicho, obejmując moje ręce swoimi. – Nie ruszaj się. Jeszcze chwilę. Chcę cię czuć… całego.

I trwaliśmy tak – złączeni, spoceni, szczęśliwi – jakby czas właśnie postanowił nam darować wieczność.

Kiedy w końcu, bardzo powoli, wysunąłem się z niej, poczułem, jak gorące, lepkie szczęście wypływa z niej leniwym, białym strumieniem i spływa po wewnętrznej stronie jej uda na stare, sosnowe deski. Lilia drgnęła jeszcze raz, mocno, jakby jej ciało nie chciało mnie wypuścić, jakby chciało zatrzymać mnie w sobie na zawsze.

Spojrzałem w dół.

Mój członek, wciąż twardy, lśniący od nas obojga, pulsował jakby nigdy nie miał dość. I wiedziałem, że nie mamy prawa teraz skończyć. To byłoby profanacją.

Jednym ruchem odwróciłem ją twarzą do siebie.

Posłuszna, miękka, rozpalona – pozwoliła się prowadzić jak najpiękniejsza marionetka świata. Stała tak blisko, że czułem jej oddech na ustach. Oczy miała ogromne, czarne, płonące. Wiedziała. Czekała tylko, aż ja to zrobię.

Posadziłem ją na stoliku.

Drewno zaskrzypiało głośno pod jej ciężarem, nóżki zadrżały, ale wytrzymały. Rozchyliłem jej uda szerzej – szerzej niż kiedykolwiek – i spojrzałem jej prosto w oczy z odległości kilkunastu centymetrów.

Nie było już słów.

Tylko spojrzenie.

Chwyciłem siebie w dłoń – śliskiego, gorącego, pokrytego nami – i wszedłem w nią powoli, centymetr po centymetrze, patrząc jej w oczy przez całą drogę.

Jęknęła głęboko, gardłowo, i oparła czoło o moje.

Teraz nie było szaleństwa.

Były tylko precyzyjne, głębokie, czułe pchnięcia – każde dokładnie wymierzone, jakbym chciał wbić w nią całą miłość, którą nosiłem w sobie od lat i nie wiedziałem, komu dać.

Za każdym razem, gdy wchodziłem do końca, słyszałem jej ciche, mokre stęknięcie i czułem, ścianki jej cipki zaciskają się na moim kutasie w odpowiedzi.

Za każdym razem, gdy powoli się cofałem, widziałem w jej oczach błagalne „nie wychodź”.

– Boże, Lilia… – wyszeptałem, głosem łamiącym się głosem, prawie płacząc z nadmiaru. – Dlaczego nie spotkałem cię wcześniej? Dlaczego tak późno?

Przytuliła moją twarz do swojej, dłońmi po policzkach, i spojrzała tak głęboko, że prawie się rozpłynąłem.

– Kuba… – szepnęła, a jej głos drżał razem z ciałem. – Jestem tu. Cała. Patrz na mnie. Już nigdy, przenigdy nie będziesz sam.

I wtedy wszedłem w nią jeszcze raz – powoli, najgłębiej jak potrafiłem – i zostałem.

Trwaliśmy tak, złączeni, nieruchomi, tylko serca waliły nam w jednym rytmie.

Nie musieliśmy się już ruszać.

Wystarczyło, że byliśmy.

I w tej jednej, bezkresnej chwili zrozumiałem, że właśnie dostałem od losu coś, czego nie da się zmierzyć ani w orgazmach, ani w latach.

Dostałem ją.

Całą.

Na zawsze.

2026-01-27

Czerwona rybka

24. Błagam, nie przestawaj!


Lilia oparła się dłońmi o mały, okrągły stolik pośrodku pokoju – ten sam, na którym przed chwilą stała jajecznica. Pochyliła się mocno, rozstawiła nogi szerzej, wypięła biodra jeszcze wyżej. Kostium podjechał pod same plecy, czerwona rybka znalazła się tuż nad moją głową jak sztandar kapitulacji i zwycięstwa jednocześnie.

I wtedy zobaczyłem ją całą.

W pełnym, bezlitosnym świetle popołudnia wpadającym przez okno dachowe.

Różowa, lśniąca, rozchylona, perlista od wilgoci. Gorąca jak piec. Pachnąca tak intensywnie, że aż zakręciło mi się w głowie – słodko, kwaśno, kobieco, niepowtarzalnie. Tylko jej.

Nie było w tym nic wulgarnego.

Było święte.

Wpadłem w nią twarzą – całym sobą, bez reszty.

Usta na ustach, język w najwęższej, najgorętszej szczelinie, nos zanurzony głęboko w ciasnym, ciepłym otworze powyżej. Zapach był inny – bardziej ziemisty, bardziej intymny – ale zamiast odrzucić, obezwładnił mnie całkowicie. Stałem się niewolnikiem tej woni, tego smaku, tego ciepła.

Lilia jęknęła – długo, przeciągle, jakby ktoś właśnie wyrwał jej duszę i oddał z powrotem.

– Kuba… chłopaku… – wyszeptała zdławionym głosem. – Co ty ze mną robisz… zwariuję… zaraz zwariuję…

Jej ciało spięło się jak struna, biodra zadrżały, ale nie cofnęła się ani o milimetr. Przeciwnie – wypchnęła się jeszcze bardziej w moją stronę, jakby chciała, żebym wziął ją całą, do samego dna.

A ja brałem.

Językiem, ustami, oddechem.

Smakowała słoną słodyczą, ciepłym miodem, morzem i grzechem. Każdy ruch mojego języka sprawiał, że drżała mocniej, że jej oddech stawał się coraz bardziej urywany, że z jej gardła wydobywały się dźwięki, które nie miały prawa istnieć w zwykłym świecie.

Czułem, jak łzy napływają mi do oczu – nie ze wstydu, nie z wysiłku.

Z czystego, absolutnego wzruszenia.

Bo w tej chwili nie było już nic ważniejszego na świecie.

Tylko ona.

Tylko ja.

Tylko to, co się między nami działo – bez słów, bez granic, bez wstydu.

– Lilia… – wyszeptałem w nią, nie odrywając ust. – Kocham cię taką… całą… dokładnie taką…

I wtedy poczułem, jak jej całe ciało zaczyna drżeć w jednym, długim, bezkresnym orgazmie – cichym, głębokim, jakby z samego środka ziemi.

A ja trzymałem ją, całowałem, wdychałem – i wiedziałem, że właśnie dotknąłem czegoś, czego nie da się nazwać inaczej niż miłością.

Nie czekałem, aż jej drżenie ustanie.

Nie mogłem.

Cały płonąłem, jakby ktoś wlał mi do żył rozżarzone żelazo.

Podniosłem się z klęczek jednym ruchem, drżący, napięty do granic. Stanąłem za nią tak blisko, że czułem gorąco jej skóry na całym ciele. Kostium wciąż był podwinięty pod plecy, czerwona rybka patrzyła na mnie z góry jak świadoma wspólniczka. Lilia nie zdążyła się nawet poruszyć, gdy wszedłem w nią jednym, zdecydowanym pchnięciem.

Mlaśnięcie było głośniejsze niż całe morze.

Była obłędnie ciasna, gorąca, wciąż pulsująca po orgazmie, jakby jej wnętrze chciało mnie połknąć całego. Wystarczyła jedna, dwie sekundy bezruchu i doszedłbym od samego tego uczucia bycia w niej. Ale nie potrafiłem czekać.

Złapałem ją mocno za biodra – palce wbiły się w miękką skórę – i zacząłem się poruszać.

Szybko.

Gwałtownie.

Szaleńczo.

Moje podbrzusze obijało się o jej pośladki z mokrym, głośnym klaśnięciem – raz, raz, raz – rytm, który wypełniał całe poddasze. Stolik skrzypiał pod jej dłońmi, drewniana podłoga jęczała, a my byliśmy tylko my.

Chciała znieść to w ciszy, ale nie dała rady.

Z jej gardła wydobył się najpierw niski jęk, potem głośniejszy, aż w końcu prawdziwy krzyk rozkoszy:

– Kuba! Kochany mój… och tak… tak, bierz mnie mocno! Nie przestawaj… błagam, nie przestawaj!

Jej głos łamał się, drżał, przechodził w szloch i wracał do jęku – najpiękniejsza muzyka, jaką słyszałem w życiu.

2026-01-26

Czerwona rybka

23. Jak smakuje szczęście


Zaczęła nucić.

Najpierw cicho, prawie pod nosem – tę samą melodię, „La petite sirène rouge”, tylko teraz bez gitary, bez basu, bez świateł. Tylko jej głos, niski, lekko zachrypnięty po nocy, i moje serce walące jak bęben.

Potem ruszyły biodra.

Najpierw prawie niezauważalnie – przenosiła ciężar z jednej nogi na drugą, jakby stała na pokładzie łodzi, która właśnie wypływa w morze. A potem zaczęły się te kółka. Małe, leniwe, hipnotyczne. Dokładnie takie same jak wtedy na scenie, tylko teraz nie było między nami dwóch metrów i pięćdziesięciu obcych ludzi. Było tylko pół metra i całe moje życie.

Klęczałem u jej stóp. Uniosłem twarz. W oczach stanęły mi łzy – nie wiem kiedy, nie wiem skąd. Nie były to łzy smutku. To było coś innego – jakby ktoś właśnie otworzył mi klatkę piersiową i wlał do środka czyste światło.

Odwróciła się powoli tyłem.

I znowu to samo spojrzenie przez ramię – dokładnie takie, które tydzień temu zatrzymało mi czas.

Czerwona rybka zaczęła tańczyć. Żywa. Prawdziwa. Tylko dla mnie.

– Och… – wyrwało mi się ciche, bezbronne westchnienie.

Chwyciłem ją za biodra – nie mocno, ale zdecydowanie, jakbym bał się, że jeśli nie złapię, to zaraz zniknie.

Zatrzymała ruch.

Pochyliłem się i pocałowałem ją przez materiał – raz, drugi, trzeci. Usta na czarnej dzianinie, na czerwonej rybce, na ciepłej skórze, która prześwitywała pod spodem. Czułem jej drżenie. Delikatne, prawie niewyczuwalne.

– Kuba… Boże, Kuba… – wyszeptała, głosem, który się łamał. – Jesteś taki…

Nie dokończyła. Nie musiała.

Delikatnie odsunęła się o krok. Nie protestowałem. Wiedziałem, co będzie dalej.

Chwyciłem dolną krawędź kostiumu – tam, gdzie kończył się w połowie pośladków, dokładnie w tym miejscu, które wtedy na scenie doprowadzało mnie do szaleństwa. Palce drżały mi jak w gorączce. Powoli, bardzo powoli podciągnąłem materiał wyżej.

I zobaczyłem ją.

Całą.

W świetle dnia, w pełnym blasku popołudnia wpadającego przez okno dachowe. Różowa, wilgotna, rozchylona jak najpiękniejszy kwiat, jaki kiedykolwiek widziałem. Księżycowa noc na plaży była tylko zapowiedzią – teraz miałem ją całą, bez cieni, bez tajemnicy. Tylko prawda.

Zapach uderzył mnie jak fala – słodko-kwaśny, ciepły, niepowtarzalny. Jej zapach. Nie perfumy. Nie mydło. Tylko ona. Najczystsza, najbardziej intymna wersja Lili.

Zatrzymałem oddech.

Potem pochyliłem się i pocałowałem ją tam – najpierw delikatnie, prawie z nabożeństwem, potem głębiej, czulej, jakbym chciałem przeprosić za każdą sekundę, kiedy jej nie znałem.

Drżała.

Ja drżałem.

– Kuba… – jęknęła cicho, opierając dłonie o ścianę. – Co ty mi robisz…

– To samo, co ty mnie – wyszeptałem w nią. – Oddaję ci się cały.

I całowałem dalej.

Nie po to, żeby dojść.

Nie po to, żeby skończyć.

Tylko po to, żeby być jak najbliżej.

Żeby nigdy nie zapomnieć, jak smakuje szczęście.

To nie było już tylko pożądanie.

To było coś w rodzaju świętego szaleństwa, jakby ktoś właśnie otworzył przede mną drzwi do najskrytszej świątyni i powiedział: „wejdź, to wszystko jest twoje”.

Nie mogłem się powstrzymać.

Czerwona rybka

52. Pędziłem do met y Jej lewa noga opadła na łóżko, miękko, leniwie, jakby sama nie chciała już dłużej walczyć z grawitacją, jakby chciała ...