Szukaj na tym blogu

8 stycznia 2026

Czerwona rybka

4. Pozwalaliśmy falom nas kołysać


Słońce w końcu dotknęło wody i rozpłynęło się w niej jak rozgrzane masło. Niebo zrobiło się najpierw krwiste, potem fioletowe, a w końcu głęboko granatowe. Bryza znad morza przyniosła chłód – taki pierwszy, prawdziwy chłód tego dnia. Lilia zadrżała lekko, a ja poczułem to drżenie na swoim ramieniu jak wstrząs.

W oddali, bardzo daleko, odezwała się syrena jakiegoś statku – niski, przeciągły, prawie zwierzęcy pomruk. Statek był tylko ciemną plamką na horyzoncie, ale dźwięk niósł się po wodzie i wchodził w kości.

Podnieśliśmy głowy jednocześnie. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy – tak ostre, tak blisko, że wydawało się, iż wystarczy wyciągnąć rękę, żeby je złapać. Lilia westchnęła cicho, jakby ktoś właśnie rozwiązał jej w środku jakiś supeł.

Przez dłuższą chwilę żadne z nas się nie ruszało.

Potem ona odsunęła się odrobinę, tylko po to, żeby spojrzeć mi w oczy. W półmroku jej tęczówki były prawie czarne, tylko wąska obrączka złota odbijała resztki światła.

– Popływamy? – zapytała szeptem.

– Teraz?

– Teraz. – Uśmiechnęła się tym swoim dziecięcym, trochę łobuzerskim uśmiechem, który widziałem tylko raz, na molo. – Nago.

Zamarłem na sekundę. Nie ze strachu. Z nadmiaru.

– Aha – powiedziałem, a głos mi się trochę załamał.

Roześmiała się cicho, bez drwiny, raczej z radości.

– Przecież nikogo tu nie ma, Kuba. A nawet gdyby… – wzruszyła ramionami – …to co? Jest noc.

Wstała pierwsza. Bez pośpiechu. Zsunęła top przez głowę jednym ruchem. Biustonosz miała prosty, biały, już trochę wilgotny od potu. Rozpięła go z tyłu i rzuciła na pień. Potem szorty. Majtki też – małe, czarne, z cienką koronką. Stała przede mną naga, tylko włosy opadały jej na ramiona, a światło gwiazd kładło się srebrnymi smugami na skórze.

Nie patrzyła na mnie prowokująco. Patrzyła jak ktoś, kto właśnie zrzucił z siebie cały świat.

– No dalej – powiedziała miękko. – Nie będę pływała sama.

Rozbierałem się szybciej, niż chciałem, ale też bez wstydu. Koszulka, szorty, bokserki – wszystko wylądowało obok jej rzeczy. Stałem przed nią nagi, a ona przyglądała mi się bez żenady, jakby sprawdzała, czy się nie rozmyślę. Potem wyciągnęła rękę.

Podałem jej dłoń.

Ruszyliśmy w stronę wody. Piasek pod stopami był już chłodny, wilgotny. Fale podchodziły leniwie, zostawiając na brzegu cienką warstwę piany, która świeciła w ciemności jak mleko. Weszliśmy po kostki, po kolana, po uda. Woda była zimna – taka prawdziwa, sierpniowa, bałtycka zimna – i od razu postawiła mi każdy włos na ciele.

Lilia puściła moją rękę i zanurzyła się po szyję jednym płynnym ruchem. Wypłynęła kilka metrów dalej, odwróciła się na plecy, rozłożyła ramiona. Włosy rozlały się wokół jej głowy jak atrament.

– Chodź – zawołała cicho. Głos miała radosny, prawie dziewczęcy.

Wszedłem głębiej. Woda sięgnęła mi piersi, potem szyi. Gdy już nie sięgałem dna, popłynąłem do niej. Spotkaliśmy się mniej więcej pośrodku, tam gdzie było już naprawdę głęboko. Stałem na palcach, ona trzymała się na powierzchni, machając leniwie nogami.

Przez chwilę tylko patrzyliśmy na siebie. Woda była czarna, ale pod powierzchnią odbijały się gwiazdy – tysiące małych światełek między nami.

– Zimno? – zapytała.

– Trochę.

– To przyjdź bliżej.

Podpłynąłem. Nasze ciała zetknęły się pod wodą – brzuch o brzuch, biodro o biodro. Skóra do skóry, zimna woda i gorąco nas. Żadne z nas nie objęło drugiego. Jeszcze nie. Tylko stykaliśmy się – piersiami, udami, kolanami – i pozwalaliśmy falom nas kołysać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...