5. Nie wstydź się
Lilia położyła mi dłonie na ramionach. Palce miała lodowate.
– Wiesz, co jest najlepsze? – szepnęła.
– Co?
– Że jak wyjdziemy, piasek będzie przyklejał się do wszystkiego. I jeszcze długo będziemy czuli sól na skórze.
Pochyliła się i musnęła ustami moje usta – nie pocałunek, tylko dotyk. Lekki jak oddech.
– Ale to później – dodała. – Teraz mamy całą noc i całe morze.
I wtedy dopiero objąłem ją naprawdę – mocno, tak że poczułem jej serce bijące przy moim rytmem.
Gwiazdy nad nami były tak blisko, że wydawało się, iż zaraz spadną do wody.
I żadne z nas nie chciało wracać na brzeg.
Jeszcze nie teraz.
Pływaliśmy długo, jakbyśmy chcieli wypłukać z siebie całe miasto, cały hałas, wszystkie myśli, które nie były nami. Śmialiśmy się z byle czego: z tego, że fala podbiła mi tyłek, z tego, że ona nagle zanurkowała i złapała mnie za kostkę, z tego, że gwiazdy odbijały się w wodzie i wyglądały jak rozsypane diamenty.
Fale były małe, leniwe, ale wystarczające, żeby nas unosić i opuszczać w jednym rytmie. Kiedy jedno z nas szło w górę, drugie w dół, a potem znowu razem. Jakby morze samo nas obejmowało. Jakby wiedziało.
W pewnym momencie przestałem czuć zimno. Woda zrobiła się ciepła, prawie letnia. Albo to moje ciało się rozgrzało tak, że przestało odróżniać. Płynąłem obok niej, patrzyłem, jak unosi się na plecach, jak woda spływa jej między piersiami, jak włosy unoszą się wokół głowy jak czarna aureola.
I wtedy to poczułem.
Najpierw myślałem, że to tylko od zimna. Ale nie. To było coś innego. Coś, co zaczęło się już na pniu, a teraz, w wodzie, bez żadnego materiału między nami, bez żadnej bariery, po prostu eksplodowało. Stałem się twardy. Tak mocno, że aż zabolało. I nie było jak tego ukryć.
Lilia odwróciła się na brzuch, podpłynęła bliżej.
– Wyjdźmy – powiedziała, trochę zdyszana. – Zanim całkiem opadniemy z sił.
Skinąłem głową, ale nie ruszyłem się. Stałem w miejscu, woda sięgała mi do pasa, a ja czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach i jeszcze niżej.
– Kuba? – zapytała, już bliżej.
– Chwila… – mruknąłem.
Zrozumiała od razu. Nie musiała patrzeć. Uśmiechnęła się, ale nie drwiąco. Raczej… ciepło. Trochę smutno.
– Nie wstydź się – powiedziała cicho. – To miłe.
Ale ja i tak się wstydziłem.
W końcu ruszyliśmy w stronę brzegu. Woda stawała się coraz płytsza, najpierw po pas, potem po uda. Piasek pod stopami był miękki, mulisty, wciskał się między palce.
Lilia szła przodem. Kiedy woda sięgnęła jej już tylko do połowy ud, zatrzymała się i odwróciła.
Stałem metr od niej. Woda oblewała mi biodra. Nie było już jak tego ukryć.
Podniosła wzrok. Spojrzała prosto na mnie – nie tam, w oczy. I chociaż było prawie całkiem ciemno, miałem wrażenie, że widzi wszystko. Nie tylko ciało. Wszystko.
Zrobiła krok w moją stronę. Fala podeszła, zakołysała nami. Jej biodro otarło się o mnie – niby przypadkiem, ale nie było w tym przypadku nic przypadkowego.
– Och… – powiedziała cicho, prawie bez tchu. – Przepraszam.
Ale nie cofnęła się.
Zamiast tego położyła mi dłoń na piersi – tam, gdzie serce waliło jak młot. Drugą rękę zostawiła pod wodą. Nie dotykała mnie już tam. Ale była blisko. Tak blisko, że czułem ciepło jej palców przez wodę.
– Kuba… – powiedziała bardzo cicho, prawie bez głosu.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz