15. Z moją przyjaciółką się nie wygrywa
Orgazm uderzył mnie jak młot kowalski, prosto w środek klatki piersiowej.
Zawyłem, długo, chrapliwie, zwierzęco, aż gardło zapiekło mnie żywym ogniem. Złożyłem się wpół, usiadłem gwałtownie i przywarłem do niej całym sobą, jakby była jedyną deską ratunku na tym świecie. Ręce oplotłem wokół jej pleców, palce wbiłem w skórę tak mocno, że na pewno zostaną ślady. Szarpałem się w konwulsjach, biodra podrywały mi się same, raz za razem, wbijając się w nią jeszcze głębiej, jakby moje ciało chciało już nigdy nie wyjść.
I wtedy ona też doszła.
Poczułem to najpierw w środku: jej ścianki zacisnęły się na mnie tak mocno, że prawie zabolało. Potem zobaczyłem jej oczy, ogromne, czarne, wpatrzone we mnie bez mrugnięcia, jakby chciała wypić całą moją duszę. Paznokcie wbiła mi w plecy, głęboko, aż do krwi, i zaczęła oddychać prosto w moją twarz: gorące, urywane, wilgotne podmuchy, w których było całe jej „teraz”.
– Och Kuba… Boże, Kuba… – wyszeptała, a właściwie wyjęczała, głosem, który nie był już jej głosem.
Jej ciało zadrżało w moich ramionach, całe, od czubka głowy po palce u stóp. Skurcze przychodziły falami, jeden za drugim, każdy mocniejszy, każdy dłuższy, jakby chciała mnie w sobie zatrzymać na zawsze.
A ja płynąłem.
Nie wiedziałem, gdzie góra, gdzie dół, gdzie ja, gdzie ona. Było tylko gorąco, ciasno, mokro i to niesamowite uczucie, że właśnie w tej chwili zrozumiałem wszystko: sens życia, śmierci, miłości, lata, morza, gwiazd. Wszystko naraz.
Kiedy w końcu opadliśmy, wciąż złączeni, wciąż drżący, wciąż oddychający jednym oddechem, przytuliła twarz do mojej szyi. Czułem jej łzy, albo pot, albo morze, już nie rozróżniałem.
– Kuba… – wyszeptała mi prosto do ucha, głosem tak słabym, że ledwie go słyszałem. – Zostań.
I zostałem.
Bo w tej chwili nie istniało żadne inne miejsce na ziemi.
Leżałem na plecach, wpięty w piasek, jakby ktoś właśnie wyciągnął ze mnie wszystkie kości. Nie wiedziałem, czy jeszcze żyję, czy już odleciałem. Ciało miałem lekkie, jakby unosiło się pół metra nad ziemią, falując razem z morzem. Gdzieś wysoko, nad głową, gwiazdy i księżyc patrzyły na mnie spokojnie, jakby wiedziały, że nic lepszego już mnie w życiu nie spotka.
I wtedy pojawiła się ona.
Najpierw tylko cień, potem rozpromieniona twarz – tuż nade mną, oświetlona od spodu srebrnym blaskiem. W oczach miała coś, czego nie widziałem nawet na scenie: czyste, rozpalone szczęście, jakby właśnie wygrała najważniejszą bitwę w życiu. I jednocześnie troskę – lekkie zmarszczenie brwi, delikatne przygryzienie wargi – jakby naprawdę bała się, że przesadziła i że zaraz będę potrzebował karetki.
Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła. Tylko patrzyła. Przyglądała mi się tak, jak się patrzy na kogoś, kogo dopiero co się odkryło i nie chce się przegapić ani jednej sekundy.
Potem uśmiechnęła się – powoli, figlarnie, z nutą triumfu.
– Ojej… żyjesz jeszcze, Kuba? – szepnęła, a głos miała chropowaty od krzyku i śmiechu. – Nie zrobiłam ci krzywdy?
Hi hi… chyba rozłożyłam cię na łopatki.
Ale pamiętaj – z moją przyjaciółką się nie wygrywa – dodała, muskając palcem między swoimi udami, jakby przedstawiała mi kogoś trzeciego, bardzo zadowolonego z siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz