17. Czarny kostium z czerwoną rybką
– No to decyzja zapadła – powiedziałem. – Poddasze.
– Jesteś pewien? Bo jak wejdziemy po tych skrzypiących schodach, to już nie zejdziemy do rana. A właściwie do południa.
– Jestem pewien.
Wstała pierwsza. Naga, z piaskiem na plecach, z włosami w nieładzie. Wyciągnęła do mnie rękę.
– To chodź, chłopcze z domkiem szwedzkim. Pokażę ci, jak się mieszka na osiemnastu metrach kwadratowych szczęścia.
Zebrałem nasze rzeczy – jej top, moje bokserki, pled, który służył za ręcznik – i ruszyliśmy boso w stronę świateł miasta. Piasek był już zimny, ale trzymaliśmy się za ręce, więc było ciepło.
– A jak się nazywasz naprawdę? – zapytałem nagle.
– Liliana Maria Kostrzewa – odparła bez wahania. – Ale jak ktoś woła „Liliana”, to wiem, że albo mama, albo ZUS.
– To ja wolę Lilia.
– A ja wolę Kuba – powiedziała i ścisnęła mi dłoń.
Szliśmy plażą, boso, nadzy, z pledem przerzuconym przez ramię niczym jakaś postapokaliptyczna peleryna. Piasek między palcami, sól na skórze, a my śmialiśmy się pod nosem, że gdyby teraz przejechał patrol straży miejskiej, Sopot miałby nową miejską legendę na najbliższe pięćdziesiąt lat.
– Tylko nie patrz w lewo – szepnęła Lilia, gdy mijaliśmy ostatnie latarnie. – Bo tam już wstaje pan z pieskiem.
– Ja już nic nie widzę – odparłem. – Mam piasek w oczach i ciebie w głowie.
W końcu skręciliśmy w boczną uliczkę. Kamienice spały, tylko gdzieniegdzie mrugało samotne okno. Przy Obrońców Westerplatte 11 Lilia zatrzymała się w cieniu bramy, spojrzała na mnie z teatralną paniką.
– No dobra, cywilizacja – westchnęła, wygrzebała z tobołka swoje mikroskopijne szorty i mój T-shirt. – Ubieramy się, bo jeszcze nas zamkną za obsceniczną nagość publiczną.
Wciągnęła szorty, ja koszulkę. Resztę ciuchów wepchnęliśmy pod pachę jak dwa bezdomne kangury.
– Teraz już możemy udawać porządnych ludzi – powiedziała, poprawiając mi kołnierz i cmokając w policzek.
Weszliśmy do klatki, wciąż boso, wciąż pachnący morzem, seksem i wolnością, ale już w minimalnym przebraniu przyzwoitości. Drewniane schody skrzypiały pod nami jak stara łódź, a my wspinaliśmy się na trzecie piętro, trzymając się za ręce i chichocząc za każdym razem, gdy któryś stopień wydał szczególnie głośny jęk.
Na górze Lilia sięgnęła pod wycieraczkę, wyjęła klucz.
– Witaj w moim królestwie – szepnęła i otworzyła drzwi.
W środku pachniało kawą, starym drewnem i jej perfumami. Przez ogromne okno dachowe wpadało pierwsze, blade światło świtu. Na sznurku, dokładnie na wprost wejścia, kołysał się ten czarny kostium z czerwoną rybką – jak sztandar zwycięstwa.
Spojrzałem na nią.
– To naprawdę istnieje – powiedziałem, nie mogąc oderwać wzroku.
Uśmiechnęła się leniwie, zamknęła drzwi na zasuwkę i rzuciła klucz na stolik.
– Teraz już tak. I na razie nigdzie się stąd nie ruszamy.
I kliknęła zasuwka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz