19. Chodź na jajecznicę, marszałku
Obudziło mnie coś cudownie ciepłego i miękkiego na ustach, a potem zapach: jajecznica z boczkiem, świeżo zmielona kawa i ona. Wszystko naraz.
Otworzyłem jedno oko. Nade mną jej twarz, blisko, bardzo blisko, z rozpromieniona, z lekkimi piegami na nosie, których wcześniej nie zauważyłem. Czarne oczy błyszczały jak dwa mokre kamienie.
– Dzień dobry, śpiochu – szepnęła i znowu mnie pocałowała, tym razem odrobinę dłużej, odrobinę głębiej.
Pościel pachniała nami, solą, piaskiem i snem. Chciałem w niej utonąć i nigdy nie wypłynąć.
– Wstawaj, urwisie – powiedziała tym swoim gardłowym, trochę ochrypłym po nocy głosem. – Już południe. Nie chcesz chyba przespać całego dnia, co? A poza tym musisz coś zjeść. Zrobiłam jajecznicę, taką z chrupiącym boczkiem… żebyś miał siłę. No wiesz… na co.
Przymknąłem oczy i uśmiechnąłem się leniwie.
– Jeszcze pięć minut, mamo…
– O nie, nie ma zmiłuj – zaśmiała się i jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie cienką kołdrę.
Chłodne powietrze uderzyło w skórę, a ona… zamarła.
– Och… – usłyszałem jej głębokie, rozbawione westchnienie. – No proszę. Widzę, że ktoś tu już wstał za ciebie.
Uniosłem głowę i spojrzałem w dół. W cienkich, szarych slipach, które wczoraj ledwie pamiętałem, że włożyłem, czaiło się prawdziwe monstrum. Nie było się czego wstydzić.
– To nie to, o czym myślisz – zacząłem natychmiast, czerwieniejąc jak uczniak. – To poranna fizjologia. Naprawdę. Muszę siku. Zawsze tak mam.
Lilia przechyliła głowę, przygryzła wargę i zrobiła minę „no jasne, wierzę ci na słowo”.
– Hmm… fizjologia, powiadasz? – podeszła bliżej, usiadła na brzegu łóżka i położyła mi dłoń na brzuchu, tuż nad gumką slipów. – A mnie się wydaje, że to jednak ktoś się stęsknił.
Jej palce musnęły mnie przez materiał, raz, drugi, niby przypadkiem.
– Lilia… – jęknąłem.
– Co „Lilia”? – zapytała niewinnie, ale oczy śmiały się jej na całego. – Jajecznica stygnie, a ty tu leżysz z takim… argumentem. To niegrzeczne.
Pochyliła się i pocałowała mnie w sam czubek nosa.
– No dalej, Kubusiu. Najpierw śniadanie. Potem… – zniżyła głos do szeptu – …zobaczymy, czy ta fizjologia potrzebuje pomocy.
Wstałem, wciąż w tych śmiesznych slipach-namiocie, a ona patrzyła na mnie z triumfem i czułością jednocześnie.
– I nie waż się tego schować – dodała, wskazując brodą. – Lubię, jak jesteś taki… szczery od rana.
I poszła do kuchni, kołysząc biodrami, jakby właśnie wygrała kolejną rundę.
A ja wiedziałem, że przegrałem najpiękniej w życiu.
W końcu, trochę niechętnie, podniosłem się na łokciach.
Rzeczywiście, jeśli jeszcze chwilę poleżę, to zsikam się jak pięciolatek. Tyle że kiedy tylko usiadłem, dotarło do mnie, że mam drugi, znacznie poważniejszy problem.
„Jak, do cholery, trafić do muszli z takim masztem?” – pomyślałem, patrząc z rezygnacją na namiot w moich slipach. Na plaży załatwiłbym sprawę w krzakach, u siebie w domu nawet jakbym nabrudził, to trudno, zawsze można umyć. Ale tu? U niej?
Zerknąłem w stronę mikroskopijnej łazienki. Drzwi nie dość, że uchylone, to jeszcze obwieszone jej ciuchami: na klamce wisiał ten czarny kostium z rybką, na górze suszyła się koronkowa bielizna. Zamknąć się nie da.
Westchnąłem głęboko i właśnie wtedy ona podeszła od tyłu.
Nie zdążyłem nawet pisnąć. Jednym szybkim, zdecydowanym ruchem złapała za gumkę moich slipów i pociągnęła w dół, tak samo bezceremonialnie jak wcześniej kołdrę.
– Myślę, że nie będą ci potrzebne – rzuciła z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. – Chcę na ciebie patrzeć. I naprawdę nie masz się czego wstydzić.
Slipy wylądowały na moich kostkach. Stałem nagi, w pełni porannej chwały, a ona zaś przyglądała mi się z otwartą satysfakcją.
Mój członek, sztywny i nieugięty, sterczał dumnie, z błyszczącą od porannej rosności główką, jakby właśnie odbierał defiladę.
Lilia przechyliła głowę, przygryzła wargę i westchnęła z teatralnym zachwytem:
– Och, Kuba… jesteś naprawdę piękny.
Potem podeszła bliżej, musnęła opuszkami palców całą długość – od nasady aż po czubek – i dodała szeptem, prosto do ucha:
– I wiesz co? Nawet jak nie trafisz do muszli… to i tak posprzątamy razem. Ale najpierw chodź na jajecznicę, marszałku.
I pociągnęła mnie za rękę w stronę kuchni, zostawiając slipy na podłodze jak trofeum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz