Szukaj na tym blogu

6 stycznia 2026

Czerwona rybka

2. Lilia


Roześmiała się krótko, gardłowo.

– Serio? Po tym, co zrobiłaś z tymi biodrami? Wątpię.

Uśmiechnęła się szerzej, ale tym razem inaczej — prawdziwiej, bez scenicznej maski.

– Ludzie zapominają szybko. Mnie to nie boli.

– Mnie boli – powiedziałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Zamilkła na sekundę. Spojrzała na mnie uważniej.

– Dlaczego pamiętasz? – zapytała cicho.

Zrobiłem krok bliżej. Pachniała solą, słońcem i czymś słodkim, czego nie potrafiłem nazwać.

– Bo od tamtej nocy śniłem o tobie co noc. I w każdym śnie robiłaś dokładnie to samo: obracałaś się tyłem i patrzyłaś na mnie tak, jakbyś chciała, żebym w końcu podszedł.

Jej oddech przyspieszył — ledwo zauważalnie, ale widziałem, jak pierś uniosła się wyżej.

– I co robiłeś w tych snach? – zapytała, nie odwracając wzroku.

– Najpierw tylko patrzyłem. Potem… podchodziłem. Dotykam tej czerwonej rybki palcami. A potem ustami.

Zamilkła. Tylko patrzyła. Oczy miała ciemniejsze niż wtedy na scenie.

– Jesteś odważniejszy niż wyglądasz – powiedziała w końcu.

– Tylko przy tobie.

Przechyliła głowę.

– To co teraz, odważny? Będziesz stał i opowiadał mi swoje sny, czy w końcu powiesz mi, jak masz na imię?

– Kuba.

– Kuba… – powtórzyła, jakby smakowała to słowo. – Ładnie brzmi, kiedy się boi.

Roześmiałem się nerwowo.

– A twoje?

– Wiesz przecież.

– Chcę usłyszeć, jak mówisz to do mnie.

Uśmiechnęła się leniwie.

– Lilia.

Wiatr przyniósł jej zapach prosto w twarz. Zamknąłem na moment oczy.

– Lilia… – powtórzyłem. – Pasuje.

Zrobiła krok w moją stronę. Tak blisko, że czułem ciepło jej ciała.

– Wiesz, co jest najśmieszniejsze? – szepnęła. – Tam, na scenie, naprawdę czułam, że ktoś patrzy na mnie tak, jakby chciał mnie rozebrać spojrzeniem. Myślałam, że to tylko złudzenie. A jednak…

Nie dokończyła. Zamiast tego położyła mi dłoń na przedramieniu — lekko, jakby sprawdzała, czy jestem prawdziwy. Palce miała gorące.

– Idziemy? – zapytała.

– Dokąd?

– Gdzieś, gdzie nie będzie tylu ludzi. Gdzie będziesz mógł mi opowiedzieć resztę tego snu. Na głos.

Przełknąłem ślinę.

– A jeśli nie będę umiał przestać opowiadać?

Spojrzała mi prosto w oczy.

– To może w końcu przejdziemy do praktyki.

Odwróciła się i ruszyła w stronę zejścia z molo, w kierunku wydm i pustych o tej porze alejek za Grand Hotelem. Nie oglądała się za siebie.

Wiedziałem, że jeśli teraz pójdę za nią, nie będzie już odwrotu.

Poszedłem.

I dopiero wtedy, gdy jej dłoń musnęła moją — niby przypadkiem — zrozumiałem, że to dopiero początek.

Schodziliśmy z molo bocznymi schodkami, tymi, które skrzypią i pachną smołą. Lilia zdjęła sandały już na ostatniej desce, zawiesiła je sobie na dwóch palcach i ruszyła pierwsza. Piasek był jeszcze tak gorący, że pierwsze kroki parzyły jak rozżarzone węgle. Syknąłem cicho.

– Za późno na skarpetki – mruknęła, nie odwracając się. – Trzeba biec.

Pobiegliśmy. Krótkimi, śmiesznymi podskokami, jak dzieci, aż dotarliśmy do chłodniejszej, wilgotnej wstęgi przy samej wodzie. Tam dopiero odetchnąłem. Ona też się roześmiała, tym prawdziwym, gardłowym śmiechem, który na scenie był tylko zapowiedzią.

Potem skręciliśmy w prawo, w wąską ścieżkę między wysokimi trzcinami. Trawy szumiały nad głowami, pachniały słońcem i czymś ostrym, prawie jak mięta. Piasek tutaj był drobniejszy, bielszy, wpadał między palce u stóp. Szedłem tuż za nią; co kilka kroków jej pięta ocierała się o moją łydkę. Za każdym razem czułem, jakby ktoś przeciągnął mi paznokciem po kręgosłupie.

Wyszliśmy zza wydmy i nagle nie było już nikogo. Tylko szeroka, pusta plaża, morze i niebo, które właśnie zaczynało się robić pomarańczowe. Daleko, prawie przy horyzoncie, sunął samotny żagiel – mały jak ćma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...