Szukaj na tym blogu

25 stycznia 2026

Czerwona rybka

22. Chcesz mnie taką, jaką jestem


Wychodząc z tej mikroskopijnej łazienki, nieopatrznie zahaczyłem łokciem o wieszak. Czarny kostium z czerwoną rybką zafalował i spadł prosto na podłogę – tam, gdzie jeszcze chwilę wcześniej lśniły drobne krople mojego porannego niepowodzenia.

– Cholera… – syknąłem pod nosem, czując, jak krew napływa mi do twarzy.

Szybko schyliłem się, podniosłem go ostrożnie, jakby to była relikwia. Elastyczna, cienka dzianina była jeszcze lekko wilgotna od wczorajszego prania i pachniała nią – solą, jej perfumami, morzem i czymś nieuchwytnym, co od tygodnia śniło mi się po nocach.

I wtedy to się stało.

Nie wiem, jak to nazwać. To nie było zwykłe podniecenie – podniecenie już i tak miałem na maksimum, wystarczyło spojrzeć na mojego sterczącego, niemal bolesnego członka. To było coś znacznie głębszego, jakby ktoś nagle otworzył w mojej piersi szufladę, o której istnieniu nie miałem pojęcia.

Trzymałem ten kostium w rękach i nagle wszystko wróciło:

tamta piwnica,

dwa reflektory,

jej biodra zataczające powolne koła,

czerwona rybka, która wtedy była odległa o dwa metry, a teraz leżała w moich dłoniach.

Poczułem, jak serce zaczyna mi walić jak młot. Palce same złożyły się na materiale, jakby chciały go przytulić. Podniosłem go do twarzy – powoli, bezwiednie – i wciągnąłem powietrze. Głęboko. To nie było zwykłe wąchanie. To było wdychanie jej całej: wspomnień, pragnienia, tej nocy na plaży, jej śmiechu, jej jęków. Zapach był słony, ciepły, żywy.

Spojrzałem na czerwoną rybkę na kieszonce. Mała, niewinna, a jednocześnie – cały mój świat.

Wiedziałem, czego chcę.

Chcę, żeby go założyła.

Teraz.

Dla mnie.

Tylko dla mnie.

I wtedy poczułem ją za sobą.

Nie usłyszałem kroków – po prostu była. Ciepły oddech na nagim ramieniu, zapach jej skóry, lekkie muśnięcie piersi o moje plecy.

– Widzę, że znalazłeś swój skarb – szepnęła, głosem niskim, rozbawionym, ale pełnym zrozumienia.

Nie odwróciłem się. Nie mogłem.

– Chcesz, żebym go dla ciebie założyła? – dodała jeszcze ciszej, jakby czytała mi w myślach.

Z gardła wyrwało mi się tylko:

– Tak…

Nie „proszę”. Nie „jeśli możesz”. Po prostu „tak” – jak wyznanie.

Usłyszałem szelest. Odwróciłem się powoli.

Stałem twarzą w twarz z cudem.

Najpierw odłożyła na bok swoją bieliznę – bez wahania, jakby to była najnaturalniejsza decyzja świata. Potem wzięła kostium z moich rąk, naszych rąk, i zaczęła się ubierać. Na gołe ciało. Powoli. Jakby każdy ruch był częścią tańca, który znała na pamięć.

Najpierw prawa noga – materiał sunął po udzie jak pieszczota. Potem lewa. Potem podciągnęła go na biodra, poprawiła z przodu, z tyłu. Ramiączka na ramiona – jedno, drugie. Palcami poprawiła dekolt, choć i tak nic nie zakrywał. Odwróciła się tyłem, spojrzała przez ramię i uśmiechnęła się tak, jak wtedy na scenie.

Czerwona rybka była dokładnie tam, gdzie powinna.

Stałem jak wryty.

Nie oddychałem.

Nie mrugałem.

Tylko patrzyłem.

To nie był orgazm.

To było coś więcej – jakby ktoś właśnie wlał mi do żył czyste, gorące szczęście.

– I co, Kuba? – szepnęła, robiąc krok w moją stronę. – Spełniło się marzenie?

Nie odpowiedziałem.

Podszedłem, uklęknąłem przed nią i po prostu przytuliłem twarz do jej brzucha, tam, gdzie materiał spotykał się ze skórą.

– Dziękuję – wyszeptałem w niego, jakby to był najświętszy ołtarz świata.

A ona tylko przeczesała mi włosy palcami i powiedziała cicho:

– To ja dziękuję, że chcesz mnie taką, jaką jestem na scenie… i taką, jaką jestem tylko dla ciebie.

I wtedy zrozumiałem, że właśnie zakochałem się w niej po raz tysięczny – i że już nigdy nie będę chciał się odkochać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...