1. Jesteś mokra
Stary park na południowych krańcach miasteczka pachniał już jesienią, choć liście kasztanów dopiero zaczynały się rumienić. Powietrze było ciężkie od wilgoci i słodkiego rozkładu, jakby ziemia sama chciała, żeby ktoś położył się na niej i przestał udawać, że żyje.
Adam przyszedł tu znowu, jak zawsze o tej samej porze — kiedy słońce wisiało nisko i wszystko stawało się złote, miękkie, niemal do zjedzenia.
Zobaczył ją od razu.
Karina stała tyłem, na białym żwirze, który skrzypiał pod jej bosymi stopami. Sukienka — cienka, prawie przezroczysta — przylegała do ciała tam, gdzie wiatr przycisnął materiał do bioder i piersi. Nie nosiła bielizny; wiedział to od pierwszego spojrzenia, bo światło przechodziło przez bawełnę jak przez mgłę i rysowało kształt sutków, ciemnych i lekko uniesionych, jakby dopiero co dotkniętych zimnem.
Odwróciła się powoli.
Jej oczy były jasne, niemal srebrne w tym świetle, a usta — wilgotne, jakby przed chwilą oblizała je językiem. Patrzyła na niego tak, jakby wiedziała dokładnie, co on teraz czuje: to gorąco w dole brzucha, to ściśnięcie w gardle, to idiotyczne pragnienie paść na kolana i całować ziemię, po której stąpała.
– Znowu te same pytania, Adamie – powiedziała cicho, głosem niskim, jakby śpiewała pod nosem kołysankę dla dorosłych.
Zrobił krok. Jeszcze jeden. Zatrzymał się tak blisko, że czuł zapach jej skóry — coś między wanilią, dymem i czymś ostrym, jakby rozgrzanym metalem.
– Powiedz mi – wyszeptał, nie odrywając wzroku od jej ust – kto cię tak zrobił, że nawet powietrze się boi cię dotknąć?
Uśmiechnęła się. Bardzo powoli. I wtedy dopiero zauważył, że jej dolna warga drży — ledwie, prawie niedostrzegalnie.
– Jestem tylko kobietą – powtórzyła, ale tym razem w jej głosie było coś nowego. Coś, co brzmiało jak prośba.
– Kłamiesz – powiedział i pochylił się tak blisko, że jego oddech musnął jej szyję. Widział, jak skóra na jej dekolcie pokrywa się drobną gęsią skórką. – Kobiety nie sprawiają, że kwiaty więdną, kiedy je dotykają. Kobiety nie sprawiają, że mężczyzna czuje, jakby miał zaraz umrzeć z rozkoszy, tylko dlatego, że na niego patrzą.
Karina uniosła dłoń i położyła ją na jego piersi — dokładnie tam, gdzie serce waliło jak oszalałe. Jej palce były zimne. Albo może to on płonął.
– A ty chcesz umrzeć? – zapytała, przesuwając powoli opuszek kciuka po jego koszuli, tuż nad sutkiem.
– Tak – odpowiedział bez wahania. – Chcę umrzeć w tobie. Powoli. Z językiem na twoim podniebieniu i twoimi paznokciami w moich plecach. Chcę, żebyś mnie rozdarła, Karino. Żeby nic ze mnie nie zostało.
Jej oddech zadrżał. Przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę się bała.
Potem zrobiła coś, czego się nie spodziewał.
Złapała go za nadgarstek i przyciągnęła jego dłoń do swojej piersi — mocno, bez ceregieli. Poczuł ciepło przez cienki materiał, ciężar, miękkość, a potem — kiedy zacisnął palce — sztywność sutka, który stwardniał natychmiast pod jego dłonią.
– Dotknij mnie – powiedziała cicho, ale to nie była prośba. To był rozkaz. – Dotknij i zobacz, czy jestem prawdziwa.
Zacisnął dłoń mocniej. Drugą objął ją w talii, przyciągając tak blisko, że poczuł ciepło między jej udami przez swoje spodnie. Poruszała się ledwie zauważalnie — przód do przodu, biodra w leniwym, okrężnym ruchu, jakby już się kochali, choć jeszcze się nie pocałowali.
– Jesteś mokra – wyszeptał jej prosto do ucha, gryząc delikatnie płatek.
Westchnęła. Głęboko, jakby całe powietrze z płuc chciała mu oddać.
– Od godziny – przyznała. – Od kiedy poczułam, że idziesz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz