8. Wspólne westchnienie
I stało się.
Nie było fanfar, nie było świateł, nie było żadnej filmowej muzyki. Tylko my, piasek, szum fal i księżyc, który patrzył na nas jak na coś świętego.
Wpadłem w jej ramiona i było to najmiększe lądowanie w moim życiu. Oplotła mnie od razu, mocno, jakby bała się, że zaraz odlecę. Skóra miała jeszcze chłód wody, ale pod spodem gorąco, prawdziwe, bijące. Piersi przycisnęła mi do klatki piersiowej, brzuch do brzucha, uda do ud, i nagle nie wiedziałem już, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczyna ona. Byliśmy jedną, mokrą, słoną, drżącą istotą.
Jej dłonie wędrowały po moich plecach powoli, jakby chciała zapamiętać każdy krąg, każde napięcie mięśni, każdą bliznę, którą tam miałem. Palce zsunęły się niżej, na pośladki, objęły je mocno, przyciągnęły jeszcze bliżej. I nie było w tym ani krzty wulgarności. To było jak modlitwa dotykiem. Jakby mówiła: jesteś mój, ale nie na własność, tylko na ten jeden raz, na zawsze.
Przywarła do mnie całą powierzchnią ciała i wtedy dopiero zrozumiałem, co znaczy słowo „rozpłynąć się”.
Zaczęła się poruszać.
Najpierw prawie niedostrzegalnie. Tylko biodra. Bardzo powoli, okrężnymi, miękkimi ruchami, dokładnie tak, jak wtedy na scenie. Tylko teraz nie było między nami materiału, nie było odległości, nie było widzów. Byłem jej jedynym widzem i jedynym partnerem jednocześnie. Przycisnęła się mocniej, brzuch do mojego brzucha, wzgórek łonowy do mojego podbrzusza, i zaczęła falować, tak jak fale za nami. W górę, w dół, w bok, w kółko. Jakby tańczyła tylko dla mnie, ale tym razem naprawdę.
Każdy ruch był jak wstrząs. Czułem ją całą, wilgotną, gorącą, śliską od wody i od nas. Czułem, jak otwiera się na mnie, jak przyjmuje mnie, jak prowadzi. Nie musiałem nic robić. Wystarczyło stać i pozwolić jej. Biodra zataczały koła, coraz ciaśniejsze, coraz głębsze, a ja czułem, że zaraz eksploduję, ale nie eksplodowałem. Coś we mnie pękło, ale nie w ten sposób. Pękło i jednocześnie się poskładało się na nowo.
Złapałem ją za talię, mocno, aż palce zabolały, i przytrzymałem, żeby nie odlecieć. Ona tylko westchnęła mi prosto do ucha, głęboko, gardłowo, i przyspieszyła odrobinę. Fale za nami szumiały w tym samym rytmie, jakby morze tańczyło razem z nami.
– Kuba… – szepnęła, a jej głos był już nie jej głosem, tylko dźwiękiem, który wchodził mi w kości. – Puść się… po prostu puść…
I puściłem.
Nie wiem, kiedy znalazłem się w niej. Nie było wejścia, nie było pchnięcia. Było tylko jedno długie, powolne, niekończące się falowanie, w którym oboje się zatapialiśmy. Czułem ją całą ją, od środka, gorącą, miękką, drżącą. Czułem, jak zaciska się na mnie, jak otwiera, jak przyjmuje, jak oddycha mną.
Nie ruszałem się prawie wcale. To ona prowadziła. Ona wirowała, ona falowała, ona decydowała o tempie. Ja tylko trzymałem ją w ramionach i pozwalałem, żeby mnie brała, tak jak chciała, tak długo, jak chciała.
I trwało to wieczność. I trwało to sekundę.
Kiedy w końcu doszliśmy, oboje, prawie jednocześnie, nie było krzyku, nie było szarpnięcia. Było tylko jedno długie, ciche, wspólne westchnienie, które rozpłynęło się w szumie fal. Trzymałem ją tak mocno, że czułem jej serce bijące przy moim. Ona trzymała mnie tak mocno, że czułem jej oddech w swojej szyi.
Potem staliśmy jeszcze długo, złączeni, mokrzy, słoni, drżący, z piaskiem przyklejonym do ud i pleców, z księżycem nad głowami i z morzem, które szumiało nas w rytmie, który dopiero co wymyśliliśmy.
I wiedziałem już, że żadna czerwona rybka na świecie nie będzie nigdy tak piękna jak ta, którą właśnie zostawiłem w niej, na zawsze.
I że już nigdy nie będę taki sam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz