1. Była czarodziejką
Jej pojawienie się na scenie było jak sen — taki, który nie tylko oplata ciało i myśli, ale wdziera się w samo wnętrze człowieka, jakby dotykał czegoś, co zwykle jest pilnie strzeżone. Muzyka, rytmiczna i upajająca, niosła się z głośników niczym wezwanie do pierwotnego tańca, a głęboki bas wibrował mi w piersi, w kroczu, w skroniach. Lilia wchodziła w ten puls całym ciałem. Jej krok idealnie zgrywał się z dźwiękiem, tworząc coś na kształt inicjacji, rytuału przejścia, który otwierał drzwi do innego świata.
Była czarodziejką. Hipnotyzerką. Kobietą, która samym ruchem potrafiła oderwać widza od rzeczywistości i wciągnąć w przestrzeń tak głęboką, że nie wiedział już, czy siedzi na krześle, czy unosi się nad nim. Wszystko we mnie zawisło na jej sylwetce — jakby reszta świata nagle zgasła.
Kiedy próbuję ją opisać, zawsze wymyka mi się spod słów. Jak mgła nad wodą o świcie.
Lilia… miała ciemne włosy, lekko falujące, sięgające do ramion. Duże, prawie czarne oczy, w których było coś miękkiego i jednocześnie niepokojącego — jakby znała moje najskrytsze myśli, zanim jeszcze je pomyślałem. Uśmiech miała ciepły, naturalny, ale gdy spojrzała dłużej, w brzuchu robiło mi się gorąco i ciasno.
Nie była ani bardzo szczupła, ani pulchna — mieściła się dokładnie tam, gdzie zaczyna się prawdziwa kobiecość. Miękka w talii, pełniejsza w biodrach, z krągłościami, które chciałem objąć dłońmi i sprawdzić, czy są tak ciepłe, jak wyglądały.
Strój tego dnia… to była osobna historia.
Czarny kostium, współczesna wersja starych bathing suit z lat dwudziestolecia międzywojennego. Z pozoru grzeczny, z pozoru skromny — na niej działał jak druga skóra. Kończył się dokładnie w połowie jędrnych pośladków. Przy każdym ruchu materiał podjeżdżał odrobinę wyżej, odsłaniając bladą linię, gdzie słońce jeszcze nie dotarło. Na prawym pośladku — mała kieszonka z naszytą czerwoną rybką. Patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany. Chciałem przyłożyć tam usta. Chciałem poczuć smak soli i jej skóry.
Góra trzymała się na cienkich, podwójnych ramiączkach. Obojczyki miała delikatne, skórę gładką, lekko opaloną. Na szyi — biała marynarska chusta z trzema niebieskimi paskami. Minimalizm, który krzyczał: weź mnie.
A potem obróciła się tyłem.
Uniosła ramiona, biodra zaczęły zataczać powolne, okrągłe koła. Materiał kostiumu napiął się, wbił lekko między pośladki. Nagle poczułem, że robi mi się w spodniach twardo i ciasno. Świat przestał istnieć. Było tylko to falowanie, ten rytm, i ja — z rękami zaciśniętymi na udach, żeby nie wstać i nie podejść bliżej.
Spojrzała przez ramię. Prosto na mnie.
I uśmiechnęła się tak, jakby wiedziała dokładnie, co mi zrobiła.
Tydzień później, Sopot, molo, upał tak gęsty, że można go było kroić nożem.
Zobaczyłem ją z daleka — sylwetka, ruch włosów, sposób, w jaki stawiała stopy, jakby cały czas tańczyła, nawet idąc. Zatrzymała się przy barierce, oparła się o nią przedramionami. Top miała cienki, prawie przezroczysty od potu. Krótkie szorty kończyły się tuż pod pośladkami. Czerwona rybka zniknęła, ale ja i tak ją widziałem.
Podszedłem. Serce waliło mi jak bas z tamtego wieczoru.
Odwróciła głowę powoli. Rozpoznała mnie od razu — kącik ust drgnął jej w uśmiechu.
– Ty… – powiedziała cicho. – Z koncertu.
Gardło miałem suche.
– Tak. Myślałem, że to był tylko sen.
– A ja myślałam, że nikt mnie nie zapamięta na dłużej niż do rana – odparła, unosząc brew.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz