Szukaj na tym blogu

28 stycznia 2026

Czerwona rybka

25. Posłuszna, miękka, rozpalona


W pewnym momencie oderwała dłonie od stołu, próbowała się wyprostować. Nie pozwoliłem.

Zsunąłem ramiączka kostiumu z jej ramion, materiał opadł, odsłaniając piersi. Chwyciłem je mocno, od spodu, pod pachami, ściskając tak, że sutki stwardniały mi między palcami.

Ostatnie pchnięcia były już czystym szaleństwem – głębokie, brutalne, niemal bolesne.

Czułem, jak wszystko we mnie się zbiera, jak fala rośnie, jak nie ma już odwrotu.

I wtedy eksplodowałem.

Gorące, gęste, długie strugi – jedna po drugiej – pompowałem w nią tak głęboko, że prawie bolało.

Zawyłem jej imię, wtulając twarz w jej włosy, gryząc ramię, żeby nie krzyknąć za głośno.

A ona zacisnęła się na mnie tak mocno, że przez chwilę widziałem tylko białe światło.

Świat się zatrzymał.

Nie było poddasza, nie było Sopotu, nie było sierpnia ani września.

Było tylko gorąco, mokro, ciasno i nasze dwa serca walące w jednym rytmie.

Kiedy w końcu opadliśmy – ja na niej, ona na stoliku – wciąż byłem w niej, wciąż drżałem, wciąż nie chciałem wyjść.

– Lilia… – wyszeptałem w jej kark, głosem, którego sam nie poznałem.

– Ciiii… – odpowiedziała cicho, obejmując moje ręce swoimi. – Nie ruszaj się. Jeszcze chwilę. Chcę cię czuć… całego.

I trwaliśmy tak – złączeni, spoceni, szczęśliwi – jakby czas właśnie postanowił nam darować wieczność.

Kiedy w końcu, bardzo powoli, wysunąłem się z niej, poczułem, jak gorące, lepkie szczęście wypływa z niej leniwym, białym strumieniem i spływa po wewnętrznej stronie jej uda na stare, sosnowe deski. Lilia drgnęła jeszcze raz, mocno, jakby jej ciało nie chciało mnie wypuścić, jakby chciało zatrzymać mnie w sobie na zawsze.

Spojrzałem w dół.

Mój członek, wciąż twardy, lśniący od nas obojga, pulsował jakby nigdy nie miał dość. I wiedziałem, że nie mamy prawa teraz skończyć. To byłoby profanacją.

Jednym ruchem odwróciłem ją twarzą do siebie.

Posłuszna, miękka, rozpalona – pozwoliła się prowadzić jak najpiękniejsza marionetka świata. Stała tak blisko, że czułem jej oddech na ustach. Oczy miała ogromne, czarne, płonące. Wiedziała. Czekała tylko, aż ja to zrobię.

Posadziłem ją na stoliku.

Drewno zaskrzypiało głośno pod jej ciężarem, nóżki zadrżały, ale wytrzymały. Rozchyliłem jej uda szerzej – szerzej niż kiedykolwiek – i spojrzałem jej prosto w oczy z odległości kilkunastu centymetrów.

Nie było już słów.

Tylko spojrzenie.

Chwyciłem siebie w dłoń – śliskiego, gorącego, pokrytego nami – i wszedłem w nią powoli, centymetr po centymetrze, patrząc jej w oczy przez całą drogę.

Jęknęła głęboko, gardłowo, i oparła czoło o moje.

Teraz nie było szaleństwa.

Były tylko precyzyjne, głębokie, czułe pchnięcia – każde dokładnie wymierzone, jakbym chciał wbić w nią całą miłość, którą nosiłem w sobie od lat i nie wiedziałem, komu dać.

Za każdym razem, gdy wchodziłem do końca, słyszałem jej ciche, mokre stęknięcie i czułem, ścianki jej cipki zaciskają się na moim kutasie w odpowiedzi.

Za każdym razem, gdy powoli się cofałem, widziałem w jej oczach błagalne „nie wychodź”.

– Boże, Lilia… – wyszeptałem, głosem łamiącym się głosem, prawie płacząc z nadmiaru. – Dlaczego nie spotkałem cię wcześniej? Dlaczego tak późno?

Przytuliła moją twarz do swojej, dłońmi po policzkach, i spojrzała tak głęboko, że prawie się rozpłynąłem.

– Kuba… – szepnęła, a jej głos drżał razem z ciałem. – Jestem tu. Cała. Patrz na mnie. Już nigdy, przenigdy nie będziesz sam.

I wtedy wszedłem w nią jeszcze raz – powoli, najgłębiej jak potrafiłem – i zostałem.

Trwaliśmy tak, złączeni, nieruchomi, tylko serca waliły nam w jednym rytmie.

Nie musieliśmy się już ruszać.

Wystarczyło, że byliśmy.

I w tej jednej, bezkresnej chwili zrozumiałem, że właśnie dostałem od losu coś, czego nie da się zmierzyć ani w orgazmach, ani w latach.

Dostałem ją.

Całą.

Na zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...