Szukaj na tym blogu

13 stycznia 2026

Czerwona rybka

9. Klęcząca Lilia


Wysunąłem się z niej bardzo powoli, jakby każde pół centymetra trwało minutę. Czułem, jak jej ciało jeszcze przez chwilę trzyma mnie w sobie, jakby samo nie chciało puścić. Gdy w końcu się rozłączyliśmy, zrobiło się nagle pusto, jakby uszło ze mnie powietrze. Spojrzałem w dół, na nas dwoje i nie mogłem uwierzyć: to naprawdę się stało. Na piasku, pod gołym niebem, bez słów, bez przygotowania. Po prostu się stało.

Stałem, dysząc ciężko. Serce waliło mi tak mocno, że miałem wrażenie, że ona je słyszy. Lilia też oddychała szybko, głęboko, piersi unosiły się i opadały, a na skórze miała drobne dreszcze. W świetle księżyca widziałem, jak jej uda drżą, jak krople potu i wody mieszają się na dolnej części brzucha.

I wtedy wyrwało się ze mnie, cicho, głupio:

– Przepraszam…

Spojrzała na mnie wielkimi oczami. Przez sekundę naprawdę nie rozumiała.

– Co? – zapytała, a głos miała jeszcze chropowaty, nie swój.

Gdy dotarło do niej, o co mi chodzi, zaczęła się śmiać. Nie głośno, nie ironicznie. To był śmiech niedowierzania, śmiech czystej, dziecięcej radości, jakby właśnie odkryła coś niesamowicie śmiesznego i pięknego jednocześnie.

– Kuba… – powiedziała, kręcąc głową. – Boże, chłopaku. Nie przepraszaj.

Zrobiła krok w moją stronę, wciąż się śmiejąc, i złapała mnie za obie ręce. Palce miała gorące, drżące.

– Nie musisz przepraszać. Nigdy. Rozumiesz?

Pokiwałem głową, ale wciąż czułem się jak idiota.

– Ja… ja po prostu… to się stało tak szybko, tak… bez niczego… myślałem, że może…

Urwałem. Nie wiedziałem, jak dokończyć.

Ona podeszła jeszcze bliżej. Przysunęła się tak, że znów prawie się dotykaliśmy. Położyła mi dłoń na policzku, drugą na karku. Patrzyła prosto w oczy, już bez śmiechu, tylko z czymś bardzo ciepłym, bardzo poważnym.

– Kuba – powiedziała cicho, powoli, jakby każde słowo ważyła. – Ja tego chciałam. Od momentu, kiedy spojrzałam na ciebie na scenie. Od momentu, kiedy zobaczyłam cię na molo. Od chwili, kiedy dotknąłeś mojej kostki na tym pniu. Pragnęłam tego. Pragnęłam ciebie. I chcę jeszcze.

Powiedziała to tak prosto, tak bez wstydu, że nagle cały mój strach, całe zakłopotanie, cała głupia potrzeba przepraszania – rozpłynęły się.

Chcę jeszcze – powtórzyła, już szeptem, przysuwając usta do moich. – I jeszcze. I jeszcze.

I wtedy pocałowała mnie znowu, tym razem głęboko, długo, bez pośpiechu. Językiem, zębami, całym ciałem. A ja zrozumiałem, że to nie koniec.

To dopiero początek.

Bo ona naprawdę chciała.

I ja też chciałem.

I nie było już nic do przepraszania.

Spojrzała na mnie.

W ciemności księżyc rzucał na jej twarz srebrne smugi i w tych smugach zobaczyłem wszystko naraz: czułość, rozbawienie, głód, zachwyt. Jakby moje nieporadne „przepraszam” było najpiękniejszym komplementem, jaki kiedykolwiek usłyszała. Jej oczy, czarne i głębokie jak nocne morze, mówiły: nie bój się, chłopcze, wszystko jest dokładnie tak, jak miało być.

– Och, Kuba… – wyszeptała tak miękko, że poczułem to w kręgosłupie. – Chodź do mnie.

Nie ruszyłem się. Nie musiałem. Ona sama zrobiła krok, potem drugi, a potem powoli, jakby odprawiała jakiś bardzo stary rytuał, uklękła przede mną na chłodnym piasku.

Klęcząca Lilia.

Nie było w tym nic z pornograficznej pozy. Było tylko coś pierwotnego i świętego jednocześnie. Piasek przykleił się do jej kolan, do ud, do dłoni, które oparła sobie na moich biodrach. Patrzyła w górę, prosto w moje oczy, a potem jej wzrok powędrował niżej, tam, gdzie wciąż byłem mokry od niej, od nas, półtwardy, wrażliwy do bólu.

– Jesteś taki… – zaczęła i urwała. – Boże, cała drżę.

– Wiem – wychrypiałem. – Widzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...