4. Druga fala
Cisza, która zapadła po ich pierwszym szaleństwie, nie była spokojna. Była gęsta, ciężka od potu, od ich zmieszanych zapachów, od tego, co dopiero co sobie zrobili. Karina wciąż siedziała na nim, głęboko osadzona, z policzkiem przy jego szyi. Jej oddech był ciepły, wilgotny, nierówny. Co jakiś czas jej wnętrze drgało lekkim, leniwym skurczem, jakby przypominało mu: jestem tu, wciąż cię trzymam.
W końcu uniosła głowę. Oczy miała półprzymknięte, błyszczące, jakby dopiero co wypłakała wszystkie łzy rozkoszy świata.
– Jeszcze nie skończyliśmy – powiedziała cicho. Głos miała chropowaty, jakby gardło bolało od krzyku.
Adam tylko skinął głową. Nie był w stanie mówić. Miał wrażenie, że całe ciało ma w środku rozżarzone węgle.
Karina uniosła się powoli, bardzo powoli, pozwalając mu poczuć każdy centymetr opuszczającego ją ciała. Kiedy wysunął się z niej całkowicie, oboje westchnęli jednocześnie – ona z żalem, on z bólem tak słodkim, że prawie nie do zniesienia. Ciepła, lepka wilgoć spłynęła po jego udach; ich wspólna.
Zeszła z jego kolan z gracją dzikiej kotki, która wie, że i tak zaraz wróci. Stanęła przed nim naga, w gasnącym świetle, z piersiami uniesionymi od ciężkiego oddechu, z ciemnym trójkątem między udami lśniącym od nich obojga.
Adam rozchylił nogi szerzej, opadając głębiej na zimną, kutą ławkę. Metal gryzł go w skórę przez spodnie, które miał pod sobą, ale to tylko dodawało ostrości. Patrzył na nią z dołu – na długie, smukłe uda, na delikatny łuk brzucha, na te piersi, które przed chwilą gryzł do czerwoności.
Karina uklękła.
Powoli. Jakby każdy ruch był modlitwą.
Biały żwir zaskrzypiał pod jej kolanami. Nie dbała o to. Tylko patrzyła mu w oczy, gdy jej dłonie położyły się na jego udach – ciepłe, pewne, z lekkim drżeniem.
– Patrz na mnie – wyszeptała.
I wzięła go w usta.
Najpierw tylko czubek. Delikatnie, językiem, jakby smakowała coś zakazanego. Jej wargi były opuchnięte od pocałunków, gorące, miękkie. Otuliła go nimi powoli, centymetr po centymetrze, aż poczuł, jak jej gardło otwiera się, przyjmuje go głębiej. Była mokra od nich obojga – od jej wilgoci, od jego nasienia – i ten smak, słony, ciężki, pierwotny, sprawił, że jęknął głośno, bezwstydnie.
Jej włosy opadły na jego uda jak ciemny jedwab. Jedna jego dłoń automatycznie wplotła się w nie, nie ciągnąc, tylko trzymając, jakby bał się, że to wszystko zaraz zniknie.
Karina zaczęła się poruszać.
Powoli na początek – długie, głębokie ruchy, w których brała go całego, aż do samego gardła, a potem cofała się tak, że tylko czubek języka muskał najbardziej wrażliwe miejsce pod główką. Jej policzki zapadały się lekko, gdy ssała mocniej; oczy cały czas miała wpatrzone w jego twarz, jakby chciała zobaczyć każdą najmniejszą reakcję.
Potem przyspieszyła.
Jej głowa poruszała się coraz szybciej, rytmicznie, z mokrym, obscenicznie głośnym dźwiękiem, który w ciszy parku brzmiał jak grzech najczystszy. Jedna jej dłoń powędrowała między własne uda – słyszał cichy, śliski odgłos, gdy zaczęła się dotykać, drugą ściskała podstawę jego członka, masując mocno, jakby chciała wycisnąć z niego wszystko.
Adam miał wrażenie, że zaraz oszaleje.
Patrzył na nią – na jej usta rozciągnięte wokół niego, na ślinę spływającą po brodzie, na piersi kołyszące się w rytm ruchów, sutki twarde jak kamyki, na palce znikające między jej nogami, szybko, desperacko.
– Karino… – wycharczał, głos nie jego własny.
Nie odpowiedziała słowami. Tylko zamruczała głęboko w gardle – wibracje przeszły przez całe jego ciało jak prąd – i wzięła go jeszcze głębiej, aż nosem dotknęła jego podbrzusza.
To wystarczyło.
Druga fala przyszła szybciej, brutalniej. Wbił palce w jej włosy, nie mogąc się powstrzymać, i wlał się w nią znowu – gorąco, długo, z gardłowym rykiem, który poniósł się między drzewami. Ona połknęła wszystko. Wszystko. Bez wahania. Język lizał go delikatnie, gdy ostatnie dreszcze przechodziły przez jego ciało, jakby chciała wycisnąć z niego ostatnią kroplę.
Gdy w końcu podniosła głowę, jej usta były czerwone, błyszczące, oczy ciemne jak noc.
– Teraz – powiedziała cicho, głosem ochrypłym od niego – dopiero naprawdę jesteś mój.
I wspięła się z powrotem na jego kolana, obejmując go mocno, wtulając twarz w jego szyję.
A park wokół nich znowu zamarł – jakby nawet drzewa wstrzymały oddech, żeby nie przeszkodzić w tym, co właśnie się dokonało.
Bo w tej chwili nie było już bogini i śmiertelnika.
Był tylko Adam.
I Karina.
I ich wspólne, rozpalone, wciąż drżące ciała.
KONIEC
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz