Szukaj na tym blogu

20 stycznia 2026

Czerwona rybka

16. Za to, że jesteś


Nie zdążyłem odpowiedzieć. Pochyliła się nade mną i zaczęła całować.

Nie tak, jak całuje się po seksie.

To był rytuał.

Najpierw usta – ledwie muśnięcie, ciepłe, wilgotne, jakby sprawdzała, czy jeszcze oddycham.

Potem policzki, czoło – delikatnie, po przyjacielsku, jak matka dziecko, które właśnie wróciło z dalekiej podróży.

Potem szyja, obojczyki – powoli, z namaszczeniem.

Klatka piersiowa – każdy sutek dostał swój własny, leniwy pocałunek, aż zadrżałem.

Brzuch – okrążała pępek językiem, raz, drugi, jakby rysowała niewidzialne serce.

Niżej… jeszcze niżej… ale zatrzymała się tuż przed miejscem, gdzie wciąż byłem nieprzytomnie wrażliwy.

Myślałem, że zwariuję. Energia wracała do mnie falami, ale nie chciałem się ruszyć. Chciałem, żeby to trwało wiecznie.

– Boże, Lilio… co ty mi robisz… – wyszeptałem, ledwie słyszalnie.

Uniosła głowę, spojrzała na mnie z dołu, z włosami opadającymi na twarz.

– Całuję cię – odpowiedziała cicho, z tym swoim delikatnym, prawie nieśmiałym uśmiechem. – W podziękowaniu.

– Za co? – zdziwiłem się, głosem jeszcze drżącym.

– Za to, że byłeś dokładnie taki, jaki miałeś być.

Za to, że pozwoliłeś mi się rozłożyć na łopatki razem z tobą.

Za to, że jesteś.

I znowu pocałowała mnie w brzuch – tym razem mocno, z otwartymi ustami, zostawiając ciepły, mokry ślad.

– A najbardziej – szepnęła mi prosto w skórę – dziękuję, że nie udawałeś. Że byłeś prawdziwy.

Potem położyła głowę na mojej piersi, dokładnie tam, gdzie serce wciąż waliło jak oszalałe.

– Słuchaj – powiedziała po chwili ciszy. – Słyszałeś kiedyś, jak ktoś dziękuje drugiemu za to, że pozwolił mu być sobą?

Nie odpowiedziałem. Nie musiałem.

Bo właśnie zrozumiałem, że to nie był tylko seks.

To było spotkanie dwóch osób, które przez jedną noc przestały się bać.


***


Leżeliśmy jeszcze długo, wtuleni w siebie, z piaskiem wplecionym we włosy i między palce u stóp.

Niebo nad nami powoli bladło – księżyc zszedł niżej, gwiazdy zaczęły gasnąć jedna po drugiej. Wiatr z morza zrobił się chłodniejszy, podniósł jej włosy i rzucił mi je na twarz. Zadrżała.

– Zimno mi w pupę – powiedziała cicho i roześmiała się, jakby to było najzabawniejsze zdanie świata.

Przytuliłem ją mocniej.

– To może już pójdziemy gdzieś, gdzie nie będzie piasku w majtkach? – zaproponowałem.

– Nie mamy majtek – przypomniała mi z triumfem.

– Racja.

Zamilkliśmy na chwilę, nasłuchując fal.

– No to gdzie? – zapytała w końcu, podnosząc głowę. – Bo ja mam dwa warianty i oba są głupie o tej porze.

– Wal.

– Wariant pierwszy: moje poddasze na Westerplatte. Piętnaście minut stąd, boso po plaży i potem boczną uliczką. Mikroskopijne, ale jest łóżko, dach nad głową i czajnik. I okno na gwiazdy.

Wariant drugi: twój domek w lesie, ale to kawał drogi, a ja nie mam siły nawet butów zakładać.

– Domek szwedzki – poprawiłem ją automatycznie. – Pół domu, właściwie. Duże okna, weranda, cisza jak w grobie. Ale masz rację, daleko.

Przekręciła się na brzuch, podparła brodę na mojej piersi.

– To ile ty masz lat, że już masz domek szwedzki? – zapytała z przekąsem.

– Dwadzieścia dziewięć – odparłem i zaraz się poprawiłem. – Dwadzieścia osiem. Wynajmuję od Szwedów. Oni przyjeżdżają tylko na jagody.

– A ja dwadzieścia dziewięć – przypomniała z dumą. – I mieszkam na osiemnastu metrach pod skosami. Czuję się jak studentka, tylko że z gramofonem i balią do kąpieli.

– Balią?

– Wielka emaliowana wanna. Stoi na środku pokoju. Jak w starym filmie. Zmieścimy się we dwoje. Sprawdzone.

Z uśmiechem dodała: – Sprawdzone na sobie, ale nigdy z nikim.

Zamilkła na moment, jakby sama się zdziwiła, że to powiedziała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...