6. Dotknij mnie
Patrzyła na mnie tak, jakby chciała zapamiętać każdy milimetr mojej twarzy. Jakby to była ostatnia rzecz, jaką widzi w życiu.
– Nie musisz się wstydzić – powtórzyła. – Naprawdę. To… piękne.
I wtedy dopiero zrozumiałem, że nie chodziło jej o to, co się ze mną dzieje fizycznie.
Chodziło o to, że ja się przed nią rozebrałem. Całkiem.
Nie tylko z ubrania.
I ona to widziała.
A ja nie chciałem, żeby kiedykolwiek przestała patrzeć.
– Chodź, głuptasie – powiedziała tak miękko, że cały wstyd spłynął ze mnie razem z wodą.
Chwyciła mnie za rękę, mocno, jakby się bała, że się rozmyślę, i pociągnęła ku brzegowi. Szedłem za nią posłusznie, nagi, wciąż twardy, wciąż bez tchu. Woda opadała z nas strumyczkami, zostawiając na skórze cienką warstwę soli, która zaraz zaczęła swędzieć.
Kiedy dotarliśmy do pnia, puściła mnie i stanęła dwa kroki dalej, dokładnie w miejscu, gdzie światło księżyca (bo księżyc właśnie wypłynął zza chmur) padało na nią jak reflektor.
Odwróciła się powoli.
– Podobam ci się? – zapytała cicho, ale z taką pewnością siebie, że pytanie zabrzmiało jak stwierdzenie.
Nie mogłem wydusić słowa. Tylko westchnąłem, głęboko, jakby ktoś właśnie wybił mi powietrze z płuc.
– Lubisz na mnie patrzeć, Kuba? – powtórzyła, tym razem już uśmiechając się szerzej. – To patrz. Do woli. Nie bronię.
I stała.
Nie pozowała. Nie wyginała się. Po prostu stała prosto, z lekko rozstawionymi stopami, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, z piersiami unoszącymi się spokojnie przy każdym oddechu. Woda spływała jej jeszcze z włosów, z obojczyków, z brzucha, z wnętrza ud. Księżyc malował na jej skórze srebrne smugi – po piersiach, po biodrach, po tej delikatnej linii poniżej pępka.
Patrzyłem.
Zacząłem od oczu – wielkich, ciemnych, teraz prawie czarnych. Potem zjechałem niżej: usta lekko rozchylone, szyja, obojczyki, piersi (nieidealne, trochę różne, jedna odrobinę pełniejsza, sutki ściągnięte od zimna, ale już ciemniejsze, już stwardniałe). Brzuch miękki, z lekkim wybrzuszeniem tuż nad linią włosów łonowych. Biodra szersze niż myślałem. Uda mocne, z delikatnymi śladami po kostiumie kąpielowym – jaśniejsze trójkąty na skórze. I między nimi cień, w którym księżyc gubił się całkowicie.
Nie było w niej ani grama wstydu. Tylko ciekawość i coś jeszcze – jakby sama się sobie przyglądała moimi oczami i podobało jej się to, co widzi.
Stałem jak sparaliżowany. Ręce miałem zaciśnięte w pięści, żeby nie wyciągnąć ich za wcześnie.
– No i co? – zapytała po długiej chwili, cicho, prawie szeptem. – Warto było czekać tydzień?
Pokiwałem głową, bo głosu nie miałem.
Podniosła jedną rękę i powoli, bardzo powoli przesunęła dłonią po swoim brzuchu – nie w dół, nie w górę, tylko zatoczyła małe koło, jakby chciała sprawdzić, czy skóra jest prawdziwa. Potem palcem wskazującym dotknęła kropli wody, która zawisła jej na sutku, i rozprowadziła ją leniwie, jakby malowała.
– Wiesz, co jest najdziwniejsze? – powiedziała, nie odrywając ode mnie wzroku. – Że ja też na ciebie patrzę. I też mi się podoba.
Zrobiła krok w moją stronę. Jeszcze jeden. Zatrzymała się tak blisko, że czułem zapach jej skóry – sól, woda, coś ciepłego i kobiecego.
– Dotknij mnie – powiedziała po prostu. – Chcę poczuć, jak drżą ci ręce.
I wtedy dopiero wyciągnąłem dłoń.
Najpierw tylko opuszkami palców – po jej ramieniu, po obojczyku. Skóra była zimna, ale pod spodem gorąca. Drżała. Ja też.
– Wolniej – szepnęła. – Mamy całą noc.
I mieliśmy.
A księżyc patrzył na nas z góry, jakby nigdy nie chciał zejść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz