27. Jesteś moją poduszką
Wciąż w tym rozciągniętym, poplamionym stroju, podeszła do kantorka w rogu, otworzyła drzwi i wyciągnęła zwijaną, grubą matę wełnianą. Rzuciła ją na podłogę z teatralnym gestem.
– Pomóż mi, kochanie.
Śmiejąc się jak dzieci, chwyciliśmy stolik – ten sam, na którym przed chwilą była moim całym światem – i przesunęliśmy go pod ścianę, tuż obok gramofonu. Potem razem wytaszczyliśmy balię: ciężką, zieloną, emaliowaną, na lwich łapach. Postawiliśmy ją dokładnie na środku, pod wielkim oknem dachowym, gdzie jeszcze pięć minut temu kochaliśmy się jak szaleni.
– To moje miejsce mocy – powiedziała Lilia, poprawiając matę pod spodem. – Stolik poczeka w kącie. A my… my teraz będziemy się kąpać pod niebem.
Zerknęła na wiszący na sznurku kostium – teraz już całkowicie „nasz” – i uśmiechnęła się znacząco.
– Chociaż… może zostawimy kilka śladów. Żeby czerwona rybka pamiętała, kto jest jej panem.
I zaczęła napełniać balię: czajnik po czajniku, para unosiła się pod skośny sufit, zapach grejpfruta i rozmarynu mieszał się z nami. Stałem nagi, wciąż półtwardy, patrzyłem na nią i wiedziałem, że za żadne skarby świata nie oddam tej kobiety.
Bo właśnie w tej chwili, w osiemnastu metrach kwadratowych poddasza, pod sierpniowym niebem Sopotu, dostałem wszystko, o czym marzyłem – i o czym nawet nie śmiałem marzyć.
Woda była już idealna – gorąca, pachnąca grejpfrutem i rozmarynem, z lekką mgiełką pary unoszącą się pod skośny sufit. Balia stała na środku pokoju jak zielony ołtarz, złote popołudniowe światło wpadało przez okno dachowe i tańczyło na emalii.
Wszedłem pierwszy. Ostrożnie, bo nogi jeszcze drżały po wszystkim, co się działo. Usiadłem głęboko, woda sięgnęła mi do pasa, kolana pod brodę. Lilia patrzyła na mnie z brzegu, naga, z mokrymi śladami po kostiumie na biodrach i piersiach.
– No dalej, syrenko – powiedziałem, wyciągając rękę.
Weszła powoli, stając w balii – nogi po obu stronach moich bioder, ręce oparła na moich ramionach. Woda chlupnęła, sięgając jej zaledwie do połowy łydek. Stała tak, wysoka, smukła, z kroplami słońca na skórze.
Zacząłem myć ją od dołu.
Najpierw kostki – gąbka sunęła powoli, okrężnymi ruchami. Potem łydki, podkolanowe zagłębienia, wewnętrzna strona ud. Każdy centymetr. Jakby to był ostatni raz. Kiedy doszedłem do miejsca, gdzie woda spływała strumieniem po jej skórze, rozchyliła nogi odrobinę szerzej. Pochyliłem się i pocałowałem ją tam – dokładnie tam, gdzie krople spływały po jej płatkach. Smakowała słoną wodą i sobą.
– Kuba… – westchnęła, zaciskając palce na moich ramionach.
Potem usiadła mi na kolanach – powoli, ostrożnie. Woda podeszła nam pod brody. Jej piersi przycisnęły się do mojej klatki, mokre włosy przykleiły mi się do czoła. Oplotła mnie ramionami, ja ją w pasie. Siedzieliśmy tak, kołysząc się lekko, jakbyśmy byli na łodzi.
– Jesteś pewien, że wytrzymasz drugą rundę w tej mikro-wannie? – szepnęła, gryząc mnie w ucho.
– Przetestujemy – odparłem i pocałowałem ją w szyję.
Po chwili wstała znowu – chlup! – odwróciła się tyłem i usiadła między moimi udami, opierając się plecami o moją pierś. Głowa jej opadła do tyłu, mokre włosy spłynęły mi na ramiona. Woda sięgała nam do sutków. Objąłem ją od tyłu, ręce pod piersiami, palce od razu znalazły stwardniałe antenki.
– Teraz ty jesteś moją poduszką – mruknęła, unosząc biodra o kilka centymetrów.
Wszedłem w nią powoli – tylko główką, ledwie-ledwie.
Nie dało się więcej.
Ale nie trzeba było.
Poruszała się minimalnie – góra-dół, góra-dół – jak fala. Ja tylko trzymałem ją mocno, całując kark, szyję, ucho. Woda wylewała się falami na podłogę, oboje parskaliśmy śmiechem za każdym razem, gdy chlupnęło głośniej.
– Jak zaleje sąsiadom sufit, powiem, że to twoja wina – wysapała.
– Powiem, że to przez syrenkę – odparłem, gryząc ją lekko w ramię.
I wtedy zacisnęła się na mnie mocno – raz, drugi – i doszła cicho, drżąc całym ciałem. Ja zaraz za nią – bez wielkich ruchów, tylko głębokim, długim westchnieniem w jej włosy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz