Szukaj na tym blogu

2 stycznia 2026

Świętokradztwo w starym parku

2. I była naga


Zerwał się wiatr. Róże zaszeleściły, jakby się śmiały.

Adam pocałował ją wreszcie — mocno, głodnie, jakby chciał połknąć jej duszę. Jej wargi smakowały jak grzech: słodko, ostro, z lekką nutą krwi, bo przygryzła sobie wargę, gdy tylko jego język wsunął się głębiej. Jęknęła mu w usta — cicho, gardłowo — i wbiła palce w jego włosy, ciągnąc tak, że zabolało. Dobrze zabolało.

Odsunął się tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy.

– Chcę cię tutaj – powiedział. – Na tej ławce. Na ziemi. Na tych cholernych różach, niech mnie pokaleczą. Chcę, żebyś usiadła mi na twarzy i dusiła mnie sobą, dopóki nie stracę przytomności. Chcę słyszeć, jak krzyczysz moje imię, kiedy będziesz dochodzić, a potem jeszcze raz, i jeszcze, aż nie będziesz miała siły oddychać.

Karina drżała. Całym ciałem. Ale nie odepchnęła go.

Zamiast tego rozpięła guzik jego koszuli. Drugi. Trzeci. Jej palce sunęły po jego skórze jak lód po rozpalonym żelazie.

– Jesteś pewien? – zapytała, a jej głos był już chropowaty od pożądania. – Bo jak raz zacznę… nie będę umiała przestać. Będę chciała wszystkiego. Twojego języka między moimi nogami. Twoich zębów na moich sutkach. Ciebie całego, głęboko, tak głęboko, że zapomnisz, gdzie się kończysz, a gdzie ja zaczynam.

– Weź mnie – powiedział po prostu. – Rozbij mnie. Złóż z powrotem. Zrób ze mną, co chcesz. Jestem twój. Od pierwszego spojrzenia byłem twój.

Wtedy dopiero pocałowała go sama — dziko, bez opamiętania, gryząc, ssąc, liżąc, jakby chciała go wypić. Jej ręce były już pod jego koszulą, paznokcie zostawiały czerwone ślady na plecach. Jego dłoń powędrowała pod sukienkę — wysoko, wyżej — aż dotarła tam, gdzie była gorąca, mokra, pulsująca. Dwa palce wsunęły się w nią bez oporu, jakby jej ciało tylko na to czekało od wieków.

Jęknęła głośno, odchylając głowę do tyłu. Włosy rozsypały się po ramionach jak czarny jedwab.

– Adam… – wysapała. – Proszę…

Nie wiedział, czy prosi, żeby przestał, czy żeby nigdy nie przestawał.

Nie obchodziło go to.

Bo w tej chwili, w tym starym parku, wśród zwiędłych konwalii i pachnących róż, Karina nie była już boginią ani królową światów.

Była kobietą.

Jego kobietą.

I to było najpiękniejsze, najstraszliwsze, najbardziej prawdziwe, co kiedykolwiek w życiu poczuł.

– Weź mnie – warknął jej prosto w usta, rozkaz był jednoznaczny, bez najmniejszego udawania. – Tutaj. Teraz.

Jej odpowiedź była niskim, gardłowym pomrukiem – coś pomiędzy śmiechem a jękiem. Palce, wciąż wplecione w jego włosy, zacisnęły się mocno, odchylając mu głowę do tyłu na tyle, by odsłonić szyję. Jej wargi znalazły pulsującą żyłę i nie pocałowała – ssała, mocno, z taką siłą, że ugięły się pod nim kolana.

Świat skurczył się do jej zapachu, do gorącej, wilgotnej woni między jej udami, którą czuł przez cienką tkaninę, do ogłuszającego szelestu krzewów róż, gdy na wpół niósł ją, na wpół ciągnął kilka kroków dalej – do kutej, żelaznej ławki. Poczuł chłód metalu na udach, gdy usiadł, przyciągając ją do siebie; usiadła na nim okrakiem, kolanami po obu stronach jego bioder.

Cienka sukienka nie była żadną przeszkodą. Czuł jej śliskie, rozpalone podniecenie przez własne spodnie – irytująco bliskie, a jednak wciąż za daleko. Ocierała się o niego powoli, okrężnymi ruchami, torturą, od której przed oczami tańczyły mu gwiazdy.

– Sukienka… – wychrypiał, ledwie panując nad głosem. – Proszę.

Na jej ustach błysnął łobuzerski, drapieżny uśmiech. Z dziką gracją zebrała w dłonie lekką bawełnę i jednym płynnym ruchem ściągnęła sukienkę przez głowę, rzucając ją na biały żwir ścieżki – biała plama lśniła tam jak porzucony duch.

I była naga. Całkowicie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...