3. Tu nikt nie chodzi
Lilia zatrzymała się przy starym pniu, wielkim, wybielonym przez sól i słońce. Położyła na nim sandały, potem usiadła bokiem, podciągając kolana pod brodę. Spojrzała na mnie.
– Tu nikt nie chodzi – powiedziała. – Nawet latem.
Usiadłem obok. Pień był ciepły, gładki jak kość. Między nami zostało może piętnaście centymetrów. Czułem ciepło jej uda przez powietrze.
Milczeliśmy chwilę. Tylko fale i mewy.
– Pokaż stopy – powiedziałem w końcu.
Uśmiechnęła się lekko i wyciągnęła jedną nogę. Piasek przykleił się do spodu, między palcami. Delikatnie strzepnąłem go, przesuwając kciukiem po śródstopiu. Skóra miała smak soli i czegoś jeszcze – może kremu z filtrem, może jej samej. Zatrzymałem palec na kostce, tam gdzie zaczyna się cienka blizna, prawie niewidoczna.
– Skąd to? – zapytałem.
– Balet. Miałam dziesięć lat i za bardzo chciałam być łabędziem – odparła cicho. – Została pamiątka.
Przesunęła drugą stopę i położyła mi ją na udzie, bez pytania. Ciężar był mały, ale czułem go w całym ciele.
– Teraz ty – powiedziała.
Zdjąłem koszulkę jednym ruchem. Materiał był mokry od potu, przykleił się do pleców. Rzuciłem ją na piasek. Lilia przyglądała mi się bez skrępowania, jakby sprawdzała, czy jestem prawdziwy. Potem pochyliła się i dotknęła palcami miejsca tuż nad mostkiem, tam gdzie serce biło mi jak oszalałe.
– Szybko bije – mruknęła.
– Od godziny – odpowiedziałem.
Przesunęła dłoń niżej, powoli, jakby liczyła żebra. Zatrzymała się tuż nad paskiem szortów. Nie weszła pod materiał, tylko zostawiła tam ciepło swojej dłoni. Ja w tym czasie gładziłem jej kostkę, potem łydkę, wewnętrzną stronę kolana. Skóra była gładka, opalona, ale w zagięciu kolana jaśniejsza, delikatniejsza. Pachniała tam słońcem i czymś słodko.
Nie całowaliśmy się jeszcze. Nie było pośpiechu.
Ona położyła mi głowę na ramieniu. Włosy miała wilgotne na końcach, pachniały szamponem i morzem. Czułem każdy jej oddech na szyi – ciepły, trochę drżący. Moja dłoń leżała na jej biodrze, tuż nad krawędzią krótkich spodenek. Materiał był cienki, prawie nie istniał. Pod spodem – ciepło jej skóry.
– Wiesz, co myślałam na scenie, kiedy na ciebie spojrzałam? – szepnęła mi do ucha.
– Nie.
– Że masz takie oczy, które nie kłamią. Że jakbyś mnie dotknął, to bym się nie bała.
Przesunąłem nosem po jej skroni. Włosy łaskotały.
– A teraz? – zapytałem.
– Teraz sprawdzam, czy się nie myliłam.
Jej dłoń powędrowała wyżej, pod moją koszulkę, którą już zdjąłem – nie, już jej nie miałem. Palce zatrzymały się na obojczyku, potem zjechały w dół, pośrodku klatki piersiowej. Zatrzymały się na wysokości serca. Przycisnęła mocno, jakby chciała je złapać.
– Kuba… – powiedziała cicho, po raz pierwszy wypowiadając moje imię na głos.
– Tak?
– Nie ruszaj się jeszcze chwilę.
Nie ruszałem się. Tylko oddychałem. Ona też.
Słońce dotykało już wody. Niebo zrobiło się krwistopomarańczowe. Wiatr przyniósł chłodniejszy powiew, podniósł jej włosy i rzucił mi je na twarz. Pachniały latem.
Lilia podniosła głowę. Nasze twarze były tak blisko, że czułem ciepło jej ust, zanim jeszcze ich dotknąłem.
– Zostańmy jeszcze chwilę… – szepnęła, prawie bez głosu. – Zanim będzie za ciemno, żeby widzieć.
I zostaliśmy.
Morze szumiało. Piasek powoli stygnął pod nami. A my siedzieliśmy na tym starym pniu, z dłońmi na sobie, z oddechami coraz bardziej wspólnymi, i czekaliśmy – nie na zachód słońca, tylko na moment, gdy któreś z nas w końcu nie wytrzyma i zamknie te ostatnie kilka centymetrów.
Ale jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz