Szukaj na tym blogu

17 stycznia 2026

Czerwona rybka

13. Jej usta były wszędzie


Roześmiałem się tak, że aż piasek posypał mi się z włosów.

– Ale myśmy już… ile to było… trzy? cztery razy? Ja już ledwo…

– Tak? – przerwała mi, wciąż się śmiejąc. – To może powiedz to jej – wskazała palcem między swoje uda, jakby rozmawiała z kimś trzecim. – Bo ona najwyraźniej nie dostała memo.

Padłem na plecy, chowając twarz w dłoniach.

– Ojej, naprawdę nie wiem, czy…

– Dawaj go natychmiast! – zaćwierkała słodko, już na czworakach nade mną.

Złapała mnie za biodra, przesunęła się niżej i usiadła okrakiem na moich udach. Mój wciąż półsenny, zmęczony członek znalazł się dokładnie pod jej ciepłym, wilgotnym tyłeczkiem. Pewnie wiedziała, gdzie trafił, ale udawała, że nie wie.

– O, tu jest ten łobuz – powiedziała z teatralną powagą, jakby odnalazła zagubionego szczeniaka. – No chodź, chodź do mamusi… musimy cię postawić do pionu.

I zanim zdążyłem zaprotestować, pochyliła się.

Najpierw tylko ciepły oddech, potem język – leniwy, okrężny, jakby smakowała coś, co dawno temu zostawiła na później. Potem usta, miękkie, gorące, całe. Wzięła mnie powoli, centymetr po centymetrze, a ja poczułem, jak krew wraca tam z prędkością światła.

– O kurwa… – wyrwało mi się.

Uniosła głowę na moment, z ustami jeszcze przy mnie.

– Widzisz? – zamruczała, głos wibrujący mi na skórze. – Już stoi. Kłamał, że nie da rady.

Znowu się roześmiała, tym razem z ustami pełnymi mnie, i ten śmiech przeszedł w głębokie, rozkoszne mruczenie. Zaczęła poruszać głową – bardzo powoli, jakby delektowała się każdym milimetrem. Jedna ręka na mojej piersi, druga u nasady, ściskająca lekko w rytm.

Ja tylko leżałem i patrzyłem w gwiazdy, które właśnie zaczęły wirować.

– Lilia… – wysapałem.

Nie odpowiedziała słowami. Tylko wzięła mnie głębiej, aż poczułem jej gardło, i zatrzymała się na moment, jakby chciała sprawdzić, czy jeszcze oddycham. Potem powoli, bardzo powoli, wróciła do góry, zostawiając za sobą mokry, gorący ślad.

– No i co, chłopczyku? – szepnęła, unosząc się na moment. – Nadal nie dasz rady?

Patrzyłem na nią – klęczącą między moimi nogami, z ustami błyszczącymi od nas, z oczami pełnymi śmiechu i pożądania jednocześnie – i wiedziałem, że właśnie przegrałem wszystkie wojny, jakie kiedykolwiek toczyłem z samym sobą.

– Daję – powiedziałem słabo. – Całego.

Roześmiała się znowu, triumfalnie, i wróciła do swojego dzieła.

A ja pomyślałem tylko: niech ta noc nigdy się nie kończy.

Pracowała na mnie z taką cierpliwością, jakby nie miała w planach nigdy przestać.

Jej usta były wszędzie – ciepłe, miękkie, sprężyste. Zaczęła od samego dołu, powoli, jakby chciała zebrać każdą kroplę tego, co zostawiliśmy na sobie wcześniej: sól, pot, nas. Język przeciągał szerokimi, leniwymi łukami, od nasady aż po czubek, a potem z powrotem, jakby czyściła mnie z całego świata. Czułem, jak każda resztka naszej miłości znika pod jej wargami, a jednocześnie jak wraca do mnie nowym, czystym, palącym pragnieniem.

Kiedy doszła do główki, zwolniła jeszcze bardziej. Zamknęła wargi tuż za krawędzią, dokładnie tam, gdzie skóra jest najcieńsza, najwrażliwsza. Zassała lekko, potem mocniej, a potem zaczęła poruszać językiem w małych, precyzyjnych kółkach – raz w lewo, raz w prawo, jakby malowała na mnie niewidzialne znaki. W uszach usłyszałem szum, taki sam jak wtedy, gdy wchodzi się za głęboko pod wodę. Świat się zawęził do tej jednej, gorącej, mokrej kropki.

– Och, Lilia… Lilia… – jęczałem bezwstydnie, nie dbając, czy ktoś usłyszy. – Boże, tak… właśnie tak…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Przeczytaj

Zapach rozkoszy

14. Błagając o więcej A później gwałtownie wyszedł z jej ust – wysunął się powoli, lecz zdecydowanie, zostawiając w niej pustkę gorącą i nat...