10. Zwierzęce pragnienie
Uśmiechnęła się, tym swoim łobuzersko-czułym uśmiechem, i dopiero wtedy dotknęła mnie naprawdę.
Najpierw opuszkami palców – tak delikatnie, jakby sprawdzała, czy jestem prawdziwy. Przesunęła po całej długości, od nasady aż po czubek, jakby chciała sobie przypomnieć kształt, który przed chwilą nosiła w sobie. Potem dwa palce, wskazujący i środkowy, zatoczyły małe, leniwe koło wokół główki. Byłem tak wrażliwy, że aż syknąłem.
– Spokojnie – szepnęła, nie odrywając wzroku. – Oddychaj ze mną.
I oddychałem. Razem z nią. W tym samym rytmie.
Jej dłoń objęła mnie pewniej, ale wciąż bardzo powoli. Przesunęła się w dół, potem w górę, zatrzymała się na moment, ścisnęła lekko u nasady. Drugą dłonią dotknęła worka – delikatnie, jakby ważyła coś bardzo cennego. Palce badały, głaskały, rozgrzewały. Czułem każdy milimetr jej skóry, każdy paznokieć, każdy oddech, który wydmuchiwała na mnie ciepłym powietrzem.
Zacząłem wzdychać głośno, bezwstydnie. Nie potrafiłem się powstrzymać. Głowa opadła mi do tyłu, patrzyłem w gwiazdy, a jednocześnie czułem tylko ją – jej dłonie, jej spojrzenie, jej obecność.
– Patrz na mnie – poprosiła cicho.
Posłuchałem. Opuściłem głowę.
Klęczała, z włosami opadającymi na ramiona, z ustami lekko rozchylonymi, patrzyła na mnie tak, jakby chciała zapamiętać każdy mój oddech. A potem, bardzo powoli, przysunęła usta bliżej. Nie wzięła mnie jeszcze. Najpierw tylko musnęła wargami – ciepłymi, miękkimi, słonymi. Raz. Drugi. Jakby całowała ranę, którą sama mi zadała.
A potem wzięła mnie do ust.
Nie głęboko. Nie szybko. Tylko tyle, ile trzeba, żeby mnie rozłożyć na łopatki. Ciepiej. Ciepło, wilgoć, delikatne ssanie i język, który zataczał te same koła, co przed chwilą palce. Ręka na nasadzie, druga wciąż na moim udzie, paznokcie lekko wbijające się w skórę. I te jej oczy – cały czas na mnie – ciemne, błyszczące, pełne czułości i władzy jednocześnie.
Nie wytrzymałem długo. Drugi raz tej nocy byłem już na krawędzi.
– Lilia… – jęknąłem ostrzegawczo.
Nie cofnęła się. Wręcz przeciwnie – wzięła mnie głębiej, mocniej, a drugą ręką przyciągnęła moje biodro do siebie, jakby mówiła: daj mi wszystko.
I dałem.
Całym sobą. Głośno, bezwstydnie, z głową odrzuconą do tyłu i z jej imieniem na ustach.
Kiedy było po wszystkim, nie puściła mnie od razu. Trwała jeszcze chwilę, delikatnie, jakby chciała wycisnąć ze mnie ostatnią kroplę rozkoszy i smutku jednocześnie. A potem powoli, bardzo powoli, podniosła się, otarła usta grzbietem dłoni i przytuliła się do mnie mocno, mocno.
– Teraz już naprawdę nie przepraszaj – szepnęła mi do ucha, a ja poczułem, że się śmieje.
I wtedy zrozumiałem, że tej nocy jeszcze długo nie pójdziemy spać.
Cały drżałem.
Nie było to zwykłe drżenie po orgazmie, lecz coś znacznie głębszego: jakby moje ciało nagle zapomniało, jak się nazywa, i chciało się tylko rozpłynąć w niej, w piasku i morzu.
Stałem, nogi rozstawione, piasek zimny pod stopami, a ona wciąż klęczała przede mną przez chwilę, z ustami przy moim udzie, z policzkiem przyciśniętym do skóry. Kiedy się podniosła, odwróciła się powoli, niby po to, żeby sięgnąć po pled leżący na pniu. Pochyliła się lekko, biodra odchyliła do tyłu, a księżyc rzucił długi, srebrny cień między jej pośladki.
I to wystarczyło.
Coś we mnie pękło.
Nie było już myśli. Było tylko zwierzęce, czyste, niecierpiące zwłoki pragnienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz