23. Jak smakuje szczęście
Zaczęła nucić.
Najpierw cicho, prawie pod nosem – tę samą melodię, „La petite sirène rouge”, tylko teraz bez gitary, bez basu, bez świateł. Tylko jej głos, niski, lekko zachrypnięty po nocy, i moje serce walące jak bęben.
Potem ruszyły biodra.
Najpierw prawie niezauważalnie – przenosiła ciężar z jednej nogi na drugą, jakby stała na pokładzie łodzi, która właśnie wypływa w morze. A potem zaczęły się te kółka. Małe, leniwe, hipnotyczne. Dokładnie takie same jak wtedy na scenie, tylko teraz nie było między nami dwóch metrów i pięćdziesięciu obcych ludzi. Było tylko pół metra i całe moje życie.
Klęczałem u jej stóp. Uniosłem twarz. W oczach stanęły mi łzy – nie wiem kiedy, nie wiem skąd. Nie były to łzy smutku. To było coś innego – jakby ktoś właśnie otworzył mi klatkę piersiową i wlał do środka czyste światło.
Odwróciła się powoli tyłem.
I znowu to samo spojrzenie przez ramię – dokładnie takie, które tydzień temu zatrzymało mi czas.
Czerwona rybka zaczęła tańczyć. Żywa. Prawdziwa. Tylko dla mnie.
– Och… – wyrwało mi się ciche, bezbronne westchnienie.
Chwyciłem ją za biodra – nie mocno, ale zdecydowanie, jakbym bał się, że jeśli nie złapię, to zaraz zniknie.
Zatrzymała ruch.
Pochyliłem się i pocałowałem ją przez materiał – raz, drugi, trzeci. Usta na czarnej dzianinie, na czerwonej rybce, na ciepłej skórze, która prześwitywała pod spodem. Czułem jej drżenie. Delikatne, prawie niewyczuwalne.
– Kuba… Boże, Kuba… – wyszeptała, głosem, który się łamał. – Jesteś taki…
Nie dokończyła. Nie musiała.
Delikatnie odsunęła się o krok. Nie protestowałem. Wiedziałem, co będzie dalej.
Chwyciłem dolną krawędź kostiumu – tam, gdzie kończył się w połowie pośladków, dokładnie w tym miejscu, które wtedy na scenie doprowadzało mnie do szaleństwa. Palce drżały mi jak w gorączce. Powoli, bardzo powoli podciągnąłem materiał wyżej.
I zobaczyłem ją.
Całą.
W świetle dnia, w pełnym blasku popołudnia wpadającego przez okno dachowe. Różowa, wilgotna, rozchylona jak najpiękniejszy kwiat, jaki kiedykolwiek widziałem. Księżycowa noc na plaży była tylko zapowiedzią – teraz miałem ją całą, bez cieni, bez tajemnicy. Tylko prawda.
Zapach uderzył mnie jak fala – słodko-kwaśny, ciepły, niepowtarzalny. Jej zapach. Nie perfumy. Nie mydło. Tylko ona. Najczystsza, najbardziej intymna wersja Lili.
Zatrzymałem oddech.
Potem pochyliłem się i pocałowałem ją tam – najpierw delikatnie, prawie z nabożeństwem, potem głębiej, czulej, jakbym chciałem przeprosić za każdą sekundę, kiedy jej nie znałem.
Drżała.
Ja drżałem.
– Kuba… – jęknęła cicho, opierając dłonie o ścianę. – Co ty mi robisz…
– To samo, co ty mnie – wyszeptałem w nią. – Oddaję ci się cały.
I całowałem dalej.
Nie po to, żeby dojść.
Nie po to, żeby skończyć.
Tylko po to, żeby być jak najbliżej.
Żeby nigdy nie zapomnieć, jak smakuje szczęście.
To nie było już tylko pożądanie.
To było coś w rodzaju świętego szaleństwa, jakby ktoś właśnie otworzył przede mną drzwi do najskrytszej świątyni i powiedział: „wejdź, to wszystko jest twoje”.
Nie mogłem się powstrzymać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz